czekając na barbarzyńców

Wiesz, boli mnie świat. I wkurza to, co się dzieje – w ogóle i w szczególe. A już było dobrze! Już myśleliśmy o końcu historii: że demokracja, wolne wybory, prawa człowieka, wolność słowa i sumienia, że niezależne instytucje i sądy stojące na straży przestrzegania praw, że sojusze stojące na straży bezpieczeństwa, organizacje międzynarodowe dla zapobiegania sporom i konfliktom, że współpraca i rozwijanie przyjaznych stosunków. Już myśleliśmy, że może być tylko lepiej i że wystarczy tylko podlewać tego demokratycznego kwiatka i będziemy wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Gówno, tam! Piękne to było i naiwne. Ile lat minęło? 20? 30? Kwiatek mocno przywiędł i ledwo zipie. I nie wiadomo jak to się stało, że światem rządzą dzisiaj dwie małpy z brzytwą – jedna na jednej półkuli, druga na drugiej. Ci, którzy mieli być strażnikami i gwarantami pokoju szukają, kogo by tutaj szybko i łatwo złupić i wykorzystać, a myśli, poglądy i postawy, które były absolutnie nie do przyjęcia w tzw. cywilizowanym świecie, dzisiaj wchodzą do głównego nurtu.

Jak do tego doszło, nie wiem, ale pewne jest to, że nie ma nic pewnego na tym świecie. Ot – taka nasza człowiecza sinusoida: znowu musimy lecieć w dół, żeby się potem wspinać do góry. Tylko czy jeszcze się uda wspiąć?

postawię kropkę. Niech będzie, że dzisiaj jestem malkontentem.

odpuść

I co ci dzisiaj napisać? Weszliśmy w ten kolejny rok i trzeba się z tym pogodzić. Spędziłem Syslwestra pod kołderką, w zasięgu paracetamol i chusteczki, w nogach Sasuńka. Nawet nie wstałem do okna o północy, by spojrzeć na fajerwerki. Nie tylko dlatego, że nie ma czego świętować, ale był to też obywatelski gest sprzeciwu wobec tej części społeczeństwa, która za nic ma apele „nie strzelaj w Sylwestra”. Jeśli jakieś podsumowania: ten rok, który był, był dobry. W ten kolejny wchodzę z nadziejami i obawami. Chciałbym, żeby te pierwsze się spełniły, a te drugie nie.

Nierobienie postanowień noworocznych stało się modne. Wpisuję się w tę modę i nic nie postanawiam. Rzeczy sie dzieją, a życie płynie. Jeśli więc coś postanawiam dzieje sie to wtedy kiedy jest taka potrzeba, światełko, intuicja. Niemniej regularnie „zaglądam w siebie”, „patrzam w serce”. I to serce wiele podpowiada. Ostatnio mówi jedno słowo: odpuść.

Rozum zaś bierze to słowo, obraca i rozważa co to dla mnie znaczy. Długo by wyjaśniać. Wiele wynika z etapu zycia, w którym się znalazłem – to taki czas, gdzie nie bardzo szuka się nowych rzeczy, nie robi życiowych rewolucji czy wielkich projektów. Może czasem jakiś fikołek, jakieś małe szaleństwo, ale raczej odcina się kupony od tego, co już sie wypracowało (w sobie, wokół siebie), a święty spokój jest rzeczą bardzo cenną. Generalnie: jest dobrze i niech tak będzie. Nie kombinuj – jeśli sprawy życiowe, zawodowe, to raczej ewolucja niż rewolucja. Jeśli chodzi o inne sprawy – świata nie zbawisz, ludzi nie zmienisz, kijem Wisły nie zawrócisz. Rób swoje.

Wiesz, wczoraj obejrzeliśmy z Beatką w TVPInfo świetną rozmowę Mariusza Szczygła z Ireną Santor. I wyszedł w tej rozmowie ciekawy wątek o sensie życia. I o tym, że sensem życia jest żyć. I że w życiu chodzi o to, żeby się chciało żyć (to akurat podpowiedź Hanny Krall). I można by tę myśl ciekawie rozwinąć, ale niech każdy to zrobi po swojemu. Ja natomiast chciałem napisać, że byłem pod ogromnym wrażeniem mądrości 91-letniej pani Ireny, jej pogody ducha i sprawności umysłowej – bo oto w pewnym momencie – kiedy akurat rozmowa traktowała o wierze – zacytowała w całości świetny wiersz Jarosława Mikołajewskiego Modlitwa Wieczorna. Próbowałem znaleźć ale w necie jest tylko w formie śpiewanej, w świetnej interpretacji Ronji – KLIK. Nie wiem, czy potrafię powiedzieć z pamięci jakiś wiersz w całości. Chyba nie. Zawstydziła mnie pani Irena.

Image

drogi pamiętniczku!

Chciałem ci napisać na koniec tego roku, że stęskniłem się za tobą. Nie, żebym tu nie bywał. Bywam regularnie. I za każdym razem, kiedy tutaj jestem mam jakiś wyrzut sumienia, że zostawiłem pisanie na korzyść filmowania. Masz prawo powiedzieć, że poszedłem na łatwiznę. Wszak chyba łatwiej coś sfilmować, niż to opisać. Ludzie też raczej dzisiaj wolą oglądać niż czytać. Niemniej brakuje mi ciebie. W wielu wymiarach. Nie tylko w wymiarze ogarniania rzeczywistości i porządkowania myśli. To przecież całe lata pisania, mnóstwo emocji i przeżyć, dobre znajomości – i te wirtualne, i realne. A ile wspomnień!

Dużo o tobie myślałem ostatnio. I jedno, najważniejsze słowo, jakie chciałbym ci dzisiaj napisać jest takie: wracam. Znaczy: spróbuję. Jestem dziś niczym syn marnotrawny , który roztrwonił majątek, ale wie, że jest takie dobre i bezpieczne miejsce, do którego może wrócić.

Może nie będzie to takie pisanie jak dawniej. Wszystko powiem płynie, jak mówił Heraklit, a parę wieków później Kohelet dopowiedział, że wszystko ma swój czas. Nie będę więc – jak dawniej – pisał o codzienności, ani też opisywał, gdzie jestem i co robię. Zwłaszcza, że w w pracy, którą wykonuję, rzeczywistość nie tyle płynie, co zap…dala i czasu by nie starczyło, żeby o tym wszystkim pisać. Niech tutaj więc będą te filmy. Kronikarskie zapiski ojcowskie, to już dawno zamknięty rozdział. Wszystkie dzieci są już dorosłe, wyfrunęły z gniazda. Każde ma już swoje życie, z każdego jesteśmy z Beatką ogromnie dumni. I jeśli chcą – opisują je lub dokumentują na własny rachunek

Pamiętasz, że kiedyś pasją uczestniczyłem w życiu politycznym. Było to w czasach, kiedy mozliwa była jakaś rozmowa, wymiana argumentów a nawet dojście do consensusu. W miedzyczasie staliśmy się w Polsce dwoma nienawidzącymi się plemionami, które nie potrafią ze sobą rozmawiać. Nie chce mi się nawet w tym wszystkim uczestniczyć, sledzić , komentować.

Cóż więc zostaje, drogi pamiętniczku? Może zajrzyjmy co tam w duszy gra? Pobawmy się w zabawę „szczerość aż do bólu”? Popiszmy o życiu w sensie ścisłym. Pofilozofujmy, podrążmy, zagłebmy się w meandrach człowieczej myśli. Pośmiejmy się z siebie i spuśćmy powietrze. Ale też posmućmy a nawet popłaczmy. Powiedzmy co jest ważne. Pobawmy się też – literacko! a jakże! Wszak pisanie to zawsze była ważna część mojego życia. To co przeczytałem i jak to we mnie rezonuje, to zawsze był wdzięczny temat – to więc zostawmy. Jeżeli zaś codzienność, to raczej jako sztafaż.

Nie będę cię jakoś szczególnie reklamował. Kto będzie miał przyjść, ten przyjdzie, kto będzie miał zostać zostanie.

Czy się uda i co z tego wyjdzie nie wiem. Dobrze przecież wiesz, że słomiany zapał to moja specjalność.

No i co ty na to? cieszysz się trochę?

Image

z kajecika (9)

„Tak więc, ogólnie rzecz biorąc, mieszkańcy Europy środkowej i wschodniej będą nadal żyć w krajach niezadowolonych ze swojej przeszłości, prawdopodobnie w znacznym stopniu rozczarowanych swoją teraźniejszością i niepewnych swojej przyszłości. To bardzo niebezpieczna sytuacja. Ludzie będą szukali kogoś, na kogo mogliby zrzucić winę za swoje niepowodzenia i niepewność. Ruchy i ideologie, które najprawdopodobniej skorzystają z tych nastrojów – przynajmniej w tym pokoleniu – nie chcą powrotu do jakiejś wersji sytuacji sprzed 1989 roku. Bardziej prawdopodobne, że ich inspiracją będą ksenofobiczny nacjonalizm i nietolerancja. Zawsze najłatwiej zrzucić winę na obcych.”

W: Eric Hobsbawm „O nacjonaliźmie” s.32 tekst napisany w 1992 w New York Review of Books – do przemyślenia i zestawienia z tym co wciąż dzieje się w naszej części Europy – również w Polsce.

z podróży (25)

Cóż – rzuciliśmy wszystko i wyjechaliśmy w …. Beskid Niski. Na glamping. Do Zawadzki Rymanowskiej nieopodal Dukli. Pierwszy raz coś takiego. Glamping (zbitka od „glamorous” i „camping”) oznacza warunki campingowe – z tym, że „tu jest jakby luksusowo”. Czyli, że niby jesteśmy w namiocie, ale takim dużym, z drewnianą podłogą, w pełni wyposażonym – ze smakiem i gustem. Mamy prąd , łazienkę, wc, lodówkę , łóżka, kozę w której można palić. A na zewnątrz weranda, hamak, miejsce na ognisko i totalna dzikość na zboczu góry. Właściciele słusznie nazywają to miejsce „dzikingiem”, bo nikogo tutaj nie ma. Tylko my i przyroda. A my kochamy takie klimaty! Strona internetowa tutaj: KLIK – polecamy!!!

Image

Każdego dnia rano na werandzie czeka nas kosz ze śniadaniem. Czego tutaj nie ma! I widać wszystko swojskie. Dzisiaj wygrały sery – ze trzy rodzaje i twarożek – prosty: ze szczypiorkiem, śmietaną i rzodkiewką. I jeszcze butelka mleka prosto od krowy i butelka soku z jabłek. Małe a cieszy.

Image

Własciciel Michał (w sumie stary znajomy z czasów wspólnego pisania na forum sprzed kilkunastu lat) – gdy tylko przyniósł nam rano te rarytasy leciał na łąki zobaczyć czy mu się coś nie urodziło w stadzie krów. Takie rzeczy. Po łąkach swobodnie chodzą konie. Raz w stadzie, raz pojedynczo. Gdy zapytałem Michała – jak to może być, że one tak chodzą luźno i swobodnie? – tu nie ma żadnych płotów ani ogrodzeń. Odpowiedział: „bo to są luźne konie”. 😉

Image

A my ? Korzystamy ze świętego spokoju, próbujemy robić sobie polityczny detoks i nabieramy siły do pracy i działania. Żadnego zwiedzania! Łazimy po prostu po łąkach, które tu są takie, jakich u nas na zachodzie już nie uświadczysz. Piękne i prawdziwe. Jest super, tylko ptaszki „napierdzielają” od czwartej rano i trzeba się przyzwyczaić. Po południu dyskretnie grają świerszcze i pasikoniki.

Image

Jeżeli chodzi o ptaszki, to mamy tu bardzo różne i całe mnóstwo. Beatka ma specjalną aplikację do rozpoznawania ptasich głosów, więc informacje mamy szczegółowe. Śpiewają nam: najmniejszy polski ptaszek: mysikrólik, rzadka muchołówka mała, dzięcioł duży, strzyżyk, łęczak, potrzeszcz, kapturka, kos, rudzik, bogatka, gil, zięba, szczygieł, sierpówka, grzywacz, cierniówka. Wysoko nad głowami kołowały jeszcze drapieżne, ale im przyjrzę się jutro.

Image

A w campingowej biblioteczce sami znajomi:

Image