Echoes
29/05/2012 § Dodaj komentarz
Thriller ze schizofrenikiem w roli głównej. Znowu? Co tam, że znowu. Ważne, że tak samo dobry jak te inne. Przez inne mam oczywiście na myśli choćby Psychozę Hitchcocka czy Czarnego łabędzia Aronofskiego. Dokonuję tego porównania z pełną premedytacją. Różne media w tym wypadku nie mają znaczenia. Trzyaktowa, bardzo zwięzła struktura, z niewielką ilością postaci powoduje, że takie porównania narzucają się same. Najważniejsze, że efekt końcowy jest równie ciekawy.
Sama historia opowiada o Brianie Cohnie, który na pierwszych stronach komiksu, żegna swojego ojca. Ten leżąc na łóżku szpitalnym, do którego przywiązany jest przez późne stadium choroby Alzheimera, wyjawia swojemu synowi sekret. Treść sekretu wskazuje bardzo wyraźnie, że tata może być zamieszany w jakieś zabójstwa lub po prostu jest psychopatycznym mordercą. To co następuje później, to droga ku szaleństwu, w której Brian powoli traci kontrolę nad swoją schizofrenią. Dalej sytuacja już się tylko pogarsza.
Fabuła według mnie jest bardzo wciągająca, a do tego świetnie napisana. Mimo pewnych oczywistości, w które w tym wypadku łatwo byłoby wpaść, scenarzysta Joshua Hale Fialkov, sprytnie omija wszelkie płycizny. Co prawda, gdzieś tak w 3/5 historii łatwo domyślić się, co tak naprawdę się dzieje i dokąd historia zmierza, mimo to nie straciłem zainteresowania ani na chwilę. Wszystkie wyjaśnienia były logiczne, bohater budzący sympatię, a zło jak najbardziej rzeczywiste.
Właśnie dlatego jest to thriller, a nie horror. Nie ma tutaj żadnych paranormalnych zjawisk czy demonów. Jest tylko przerażająca laleczka z okładki, która prześladuje głównego bohatera w towarzyszących mu omamach. Odbija się to także na czytelniku, bo geneza laleczki, to materiał z którego zbudowane są koszmary. Co jednak warto podkreślić, to fakt, że nie ma w tym komiksie za dużo dosłowności. Przemoc jest cały czas w domyśle lub w pobieżnych opisach. Krew nie wylewa się z kartek, a gnieździ się w naszej wyobraźni. Jest to zabieg, który bardzo doceniam i idealnie się tu sprawdza.
Duża rolę odgrywa w tym rysownik, Rahsan Ekedal. Echoes to komiks czarno-biały, co już samo w sobie kreuje odpowiedni klimat. Jednak Ekedal swoim stylem jeszcze go potęguje. Używa on bardzo dużo cieniowania i często zamiast wykorzystywać głębokie czernie, woli topić swoje strony w szarościach. Jego rysunki idealnie pasują do horrorów i thrillerów lub też innych historii rozgrywających się na mniejszą skalę. Ekedal mógłby być świetnym zamiennikiem dla Charliego Adlarda rysującego serię Żywe Trupy. Ich styl jest bardzo podobny.
Jest tutaj jedno dość ciekawe komiksowe rozwiązanie. Każdy rozdział zaczyna się w ten sam sposób pod względem układu kadrów. Na pierwszej stronie trzy, a na dwóch kolejnych dwadzieścia cztery. Jest to bardzo ciekawa zagrywka, ponieważ ten początek służy właśnie najczęściej przywołaniu różnych wspomnień przez bohaterów. Czytelnik jest więc natychmiast wrzucany w wir wydarzeń, jako że również zachodzi w jego umyśle podobna reakcja. Czy ja już czegoś podobnego nie widziałem? Tak to wygląda:
Wydanie jest dość dziwne. Z jednej strony komiks ma twardą oprawę, z drugiej zmniejszony format. Być może wydawnictwo celowało w fanów mangi. Jednak cena okładkowa $20 nie do końca w tym wypadku się sprawdza. Jest za drogo. Tak więc Echoes to był mój kolejny eksperyment z komiksem digitalnym. Kosztował $5, a wewnątrz miał wszystko to samo co wersja drukowana, czyli wstęp Steve’a Nilesa, posłowie Fialkova, komentarz i szkice z pierwszego zeszytu. Ponadto Top Cow, to najbardziej progresywne ze wszystkich większych amerykańskich wydawnictw pod względem digitalnym. Komiks można nawet zakupić w formacie pdf lub cbr i trzymać u siebie na komputerze.
Moje porównania filmowe ze wstępu, to w jakimś stopniu hiperbola. Echoes to nie arcydzieło gatunku tak jak Psychoza, ani wizualna uczta tak jak Czarny łabędź. Jednak jest to nadal bardzo dobry komiks, świetnie napisany i z porządnymi rysunkami. Joshua Hale Fialkov od niedawna pracuje dla DC Comics, także jego starania na poletku komiksu niezależnego doprowadziły go do pracy w korporacji. Ma też coraz więcej projektów i nadal zbierają one pozytywne recenzje. Innymi słowy, trzeba uważać na jego nazwisko, może jeszcze narobić szumu. Echoes wyraźnie wskazuje, że ma do tego możliwości.
Joshua Hale Fialkov (writer), Rahson Ekedal (artist), „Echoes, Vol 1”, Top Cow Productions, July 2011.
[autor: Tomasz Bednarz]
Suka #1
25/05/2012 § Dodaj komentarz
(…) główną bohaterką, która spaja zawarte w albumie nowele, jest młoda dziewczyna, stalkerka o ksywie Suka. Czytelnik poznaje ją w chwili, gdy ginie Kaban – towarzysz, przyjaciel i opiekun, który nauczył ją tego, jak bezpiecznie poruszać się po Strefie. Został zastrzelony strzałem w plecy. Suka bierze odwet i, w myśl biblijnego prawa „oko za oko”, zabija wszystkich, którzy brali w tym bezpośredni udział. Jednak gdy dopada (w kościele!) herszta morderców, ten wyjawia informację, że śmierć Kabana nie była przypadkowa, że było to zlecenie. Niestety nie udaje mu się wyznać nic więcej, gdyż zostaje zastrzelony przez kogoś ukrywającego się w cieniu. Kto rzeczywiście stoi za śmiercią Kabana i dlaczego został zamordowany – to pytania, które nurtują bohaterkę przez cały album. Należy dodać, że w tym tomie nie poznajemy odpowiedzi, nawet o pół kroku się do niej nie zbliżamy. Chociaż w jednej z końcowych scen, gdy w tunelach metra Suka spotka projekcję swego przyjaciela, który mówi: „Zabili mnie przez ciebie” oraz „Tam, w kościele, jak… załatwiłaś zgniłka, poza tobą, nim i strzelcem, był jeszcze ktoś czwarty. (…)On odpowie ci na wszystkie pytania”.
Cały tekst można przeczytać na stronie serwisu „Comix Grrrls”, wystarczy kliknąć kliknąć :tu: tak{!} :tu:
Jelena Woronowicz (scenariusz), Andrij Tkalenko (rysunki), „Suka #1”, tłum. Paweł Timofiejuk, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2008.
[scenariusz: 4, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4-]
{inne recenzje można przeczytać :tu: :tu: i :tu: komiks można kupić :tu:}
Wiktor i Wisznu
23/05/2012 § Dodaj komentarz
Gdy czytałam ten komiks, było równie ciepło jak teraz, gdy o nim piszę. I to się bardzo dobrze składa, bo to album w sam raz na taki słoneczny, duszny upał, kiedy nic się nie chce, a sięgnięcie po szklankę z wodą zajmuje kilka ładnych sekund, które w rozgrzanym powietrzu jakby się wydłużają, tężeją i zostawiają po sobie smugi. Pełne slow motion.
Wiktor i Wisznu, bo o tym albumie myślopiszę, to cztery opowiadania narysowane przez holenderskiego ilustratora, Jeroena Funke. Dwa stwory, których imiona już znacie z tytułu, jeden psioniedźwiedzi i w okularach, drugi cokolwiek ptasi, żyją ze sobą i mają absurdalne przygody. Czarno-białe i całkowicie nieme, chyba że liczyć dźwięki towarzyszące: rozmaite bonk-bonk, ting-ting-ting i zzzz. Jak to z przyjaciółmi bywa – Wiktor i Wisznu lubią się. Jak to w przyjaźni się zdarza – dokuczają sobie. Czasem tak zapiekle, że kłócą się i bardziej lub mniej dosłownie biją się. W tej symbiozie i wspólnej ucieczce przed zastojem (Wisznu buduje domki z kart, tak jest między nimi wyjściowo, zanim coś im nie przeszkodzi) dzielą mieszkanie, jeżdżą na wakacje i podbijają świat. W międzyczasie atakują ich potwory zza opadającej tapety. Tyle fabuły.
Lektura idealnie wpisuje się w letnie, rozmyte dni, kiedy trudno o jakiekolwiek gwałtowniejsze reakcje tak ze strony ciała, jak i umysłu. Historyjki są nawet zabawne, a narysowano je konsekwentną kreską kojarzącą się z bajkami animowanymi. {Podejrzeć parę stron można tutaj}. Ale po fakcie, czyli po przeczytaniu, nie pozostawiają zbyt wiele o sobie wspomnień. Czy to zarzut? Normalnie tak, ale w tym przypadku byłoby to zbyt poważne postawienie sprawy. Jeroen Funke, facet, który “w wolnym czasie lubi nosić kapelusze”, jak stoi w jego bio-notce w komiksie, rysował swoje opowiadania ewidentnie dla zabawy, dla samej przyjemności rysowania i bez jakichkolwiek myśli ubocznych, bez zadęcia się na wzbudzenie refleksji, puent czy podsumowań. Rysuje, bo lubi. A robi to szybko: cała książeczka powstała w 4 dni. Kto zgadza się na przeczytanie Wiktora i Wisznu, zgadza się na takie traktowanie. Żadnych obietnic, żadnych zobowiązań. Tylko ten komiks. Nic więcej nas nie połączy. Po więcej idź gdzie indziej. Tam są drzwi. Możesz wyjść też przez uchyloną tapetę. I koniec, i trąba.
Jeroen Funke (scenariusz i rysunki), „Wiktor i Wisznu”, Centrala – Central Europe Comics Art, Poznań 2012.
[autorka: Joanna Janowicz]
{komiks można zamawiać w sklepie Centrali :tu: za 24,90 zło}
FKW 2012: relacja oniryczna
18/05/2012 § 4 Komentarze
Tydzień temu właśnie dojeżdżaliśmy ze Słomą do Stolycy. Centrala miała wykupione stoisko na Warszawskich Targach Książki podczas Festiwalu Komiksowa Warszawa. Mogliśmy stanąć dopiero od soboty, choć impreza była od czwartku, nie dało rady wcześniej, ponieważ konieczne było, abym był w pracy. W sobotę od rana do wieczora zachwalałem książki i komiksy, i ziny, i czasopisma. Wielokrotnie zasychało mi w gardle, paplałem i paplałem, już sam nie pamiętam co. Potem after-party. Następny dzień, mimo że niedziela, czyli dzień święty, także w „pracy” i znów gadanie, zachwalanie, polecanie. Wyczerpujący czas. Pewnie dlatego spałem twardo, snem sprawiedliwego, niewiele mi się śniło. Ale coś tak:
Na estakadzie spotkałem Jacka Gdańca. Miał długą, prostą bodę. U szyi, na rzemyku zwisał mu drewniany krzyżyk, właściwie krzyż, bo był dość duży, wielkości dłoni. Wyglądał jakoś tak biednie, niczym prorok. Niósł na rękach zawiniątko, które mi podał. I zniknął.
Odwinąłem szary papier, a tam dzieciątko Jezus. Uśmiechało się do mnie. Pogłaskałem je po główce i schowałem do plecaka.
W windzie spotkałem Andrzeja Stasiuka, który stał oparty plecami o lustro, miał zamknięte oczy, wyglądało jakby spał. Szturchnąłem go, aby się obudził i podałem mu zawiniątko z Jezusem, mówiąc: „Wywieź go do Rumunii i tam gdzieś ukryj, bo Timof go szuka”.
Na dole czekał na mnie Janek Koza, który podał mi rękę i się przedstawił z imienia i nazwiska (którego już nie pamiętam, po przebudzeniu zapomniałem), a następnie przystawił mi pieczątkę na czole. Pięknie mu podziękowałem i poszliśmy szukać Michała Słomki, który gdzieś zniknął. Znaleźliśmy go w damskim kiblu, jarał szluga i rozmawiał z Olgą Wróbel, która wcale nie była do siebie podobna.
Poprosiłem Dominika Szczęśniaka, aby poszedł do strefy autografów i wziął mi rysograf od Piotra Nowackiego. Nie było go pół dnia, wrócił z koszulką upaćkaną keczupem i rysunkiem od Tomasza Samojlika, przedstawiającym Magdę Rucińską z dzieciątkiem Jezus na rękach.
Kiosk Ruchu w Warszawie
10/05/2012 § Dodaj komentarz
Plan na najbliższą sobotę i niedzielę: pracuję w Kiosku Ruchu w Warszawie.
Aby dowiedzieć się szczegółów, należy kliknąć na zdjęcie.
Zapraszam. Spotkajmy się!
Armada #14: Ostateczna rozgrywka
08/05/2012 § Dodaj komentarz
Ostateczna rozgrywka to 14 i, w założeniu, ostatni już tom francuskiej serii Armada, która przedstawia przygody dzielnej i rezolutnej Navis – jedynej przedstawicielki rasy ludzkiej wśród tysięcy różnorakich, humanoidalnych stworzeń ze wszystkich zakątków galaktyki, podróżujących przez kosmos w ogromnej kawalkadzie statków kosmicznych. Tym razem przeciwnikiem głównej bohaterki jest Yiarhu-Kah, jeden z sześciu żyjących łowców, prawdziwa maszyna do zabijania. Swoim wyglądem przypomina skrzyżowanie ogromnej modliszki z Obcym z filmu Ridleya Scotta.
Podobno jego usługi kosztują tyle, ile najbogatsze planety galaktyki. Z pierwszego starcia z nim Navis wychodzi mocno poturbowana, ale żywa.
Podczas rozmowy poprzedzającej atak dowiaduje się, że właściwie była pionkiem w grze politycznej, w której uczestniczyli Ehmte-Ciss-Ronn (jej adwokat, znany z poprzednich albumów) oraz przewodniczący rady najwyższej Armady. Panowie założyli coś w rodzaju tajnego stowarzyszenia, które miało zdemaskować skorumpowanych członków rady i doprowadzić do ich osądzenia. Wynajęcie płatnego (najdroższego w galaktyce) zabójcy, jest okazją do odkrycia, kto stoi w cieniu i pociąga za sznurki.
Do ostatecznej walki z Yiarhu-Kah Navis przygotowuje się bardzo starannie. Ponieważ zdaje sobie sprawę, że aby zwyciężyć musi zaufać swemu sprytowi, zwinności i pomysłowości. Dlatego urządza zestaw rozmyślnych pułapek: zapadni, latających siatek i taranów, niczym Arnold Schwarzenegger w Predatorze. I gdy już jest gotowa, zwabia na planetę łowcę. Plansze przedstawiające przygotowania oraz samą walkę, to najbardziej komiczne sceny w całej serii.
Zawsze uważałem, że realistyczne rysunki Philippa Bucheta są główną siłą napędową całej serii. Zawsze mi się podobały. Postaci, sprzęty, statki i całe światy stworzone na kartach Armady były naturalistyczne narysowane, a dzięki temu atrakcyjne. W ostatnim tomie rysunek tła często jest uproszczony i sprowadza się do kolorowej plamy. Nie rozumiem dlaczego Buchet „odmłodził” Navis w scenach przygotowania do starcia z najemnikiem. Na stronach 30 i 31 widzimy małą, zagubioną dziewczynkę z czarnymi warkoczykami, która wspominając swą przyjaciółkę Hajo, płacze wielkimi łzami. To do niej niepodobne.
W finale na scenę wkracza tajemniczy podopieczny Atsukau. Kim on jest i skąd się wziął, to jedna z niewielu niewyjaśnionych zagadek serii. Jak już wspomniałem album Ostateczna rozgrywka jest ostatnim (w założeniu, moim zdaniem tymczasowym założeniu). Dlatego wiele wątków zostaje w nim zamkniętych. Intrygi zostają ostatecznie rozwiązane, a spiskowcy ujęci.
Chciałoby się powiedzieć: „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”, ale w tym wypadku niekoniecznie. Słuszną decyzją, jest zamknięcie serii. Mam wrażenie, że scenarzyście skończyły się dobre pomysły, nie miał wizji, jak pociągnąć tę serię dalej. Z tomu na tom, gdzieś tak od 9 albumu, było coraz bardziej miałko, historie i przygody głównej bohaterki były coraz bardziej banalne. Niby chodziło o coś głębszego: uwikłanie jednostki w wielką politykę, manipulację jednostką w celu osiągnięcia pryncypialnych celów, niezawisłość decyzji jednostki.
Jednakże jestem przekonany, że to była jedynie ideologiczna nadbudowa. Nieudana próba nadania głębi rozrywkowej historii.
Dla wydawnictwa Delcourt przygody rezolutnej Navis były „dojną krową”. Łącznie ukazało się 27 tytułów, w których ona występowała. I jakoś nie chce mi się wierzyć, że więcej nie będzie.
Jean David Morvan (scenariusz), Philippe Buchet (rysunki), „Armada #14: Ostateczna rozgrywka”, przeł. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 740, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012.
[scenariusz: 3-, rysunki: 3+, kolory/cienie: 4]
Recenzja powyższa pierwotnie ukazała się na stronie „Komiksomanii”. Można ją przeczytać klikając :tu:






