Wednesday, 24 June 2015

Niespełna miesiąc temu szłyśmy słoneczną ulicą z Nową Właścicielką Mojego Mieszkania w T. Miałam na ramieniu torbę z odkurzaczem, na nosie okulary przeciwsłoneczne, i paliłam "łańcuszkowo" w ramach neutralizowania kataru siennego (bo leki zostały w Warszawie).
Nowa Właścicielka - rocznik '87, sympatyczna, wewnętrznie rozdygotana w całej tej sytuacji (reakcja, którą przerabiałam na własnej skórze circa about sześć lat temu) - patrzyła na mnie z mieszaniną podziwu i niezrozumienia.
-Tobie jest tam dobrze? Ilekroć ja przyjeżdżam do Warszawy, nie mogę za niczym nadążyć...
Nie umiałam jej wtedy wyjaśnić - i dziś też tego nie potrafię - że dopiero w Warszawie zaczynam naprawdę ODDYCHAĆ.

Nie przeszkadza mi wracanie z załatwiania spraw służbowych tramwajem pełnym domaniewskich orków zdążających do metra. Orkowie wysiądą, a ja pojadę dalej, rozsiadłszy się wygodnie z książką na podołku, aż do "mojego" kawałka miasta, z panem z Żabki, który już wie, które wino mi podać, z ukrytym przy sąsiedniej ulicy zakonem Karmelitów Bosych, z parkiem, w którym zaprzyjaźniam się ze strachliwymi border collie, z biblioteką, z której co tydzień wychodzę objuczona jak mały wielbłąd, z piekarnią, która sprzedaje Ten Właściwy Chleb, po który nie muszę już jeździć z T. do domu. Mam bliżej rodzinę (co jest ważne w sytuacji, gdy hashtag z ostatniego roku mojego życia powinien brzmieć: #MójBratToIdiota). Mam dookoła teatry, i ulubione kino w centrum, z którego wracam do mieszkania na piechotę, prażąc się w słońcu. Mam sposobność spotykania ludzi, którzy mnie inspirują (Zadie Smith! ZADIE! SMITH!), i z przyjaciółmi - stąd i z daleka - z którymi tęskniłam. (Teraz, dla odmiany, tęsknię do ludzi z T., ale taka jest kolej rzeczy? Proszę mi podrzucić jakiś zgrabny frazes na tę okoliczność.)

Nie przeszkadzają mi korki, bo dzięki nim więcej czytam w autobusach. Nie przeszkadza mi mnogość ludzi na ulicach, bo mogę się między nimi schować. Owszem, PRZESZKADZA mi mnogość księgarni i sklepów z materiałami rękodzielniczymi, ale to już mój problem, nie miasta.

Tak sobie tu oto jestem, i może jeszcze trochę zostanę.

Monday, 13 April 2015

Codziennie coś. Impreza, spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi i rozmowy o poukładaniu (się). Lektura książki na ławce w parku wespół z ciekawską wiewiórką i przedwieczorna partyjka badmintona na Polu Mokotowskim... Gwałtowny zryw wiatru i deszczu w jasny, chłodny dzień kwietniowy, tuż przed trzynastą.
Nie słyszę żadnego bicia zegarów.
Czasami zapominam. Czasami odkładam rzeczy na święte nigdy. Czasami myślę, że mam czas. Całe mnóstwo czasu. I w związku z tym nie muszę się spieszyć, zdążę wszystko zrobić, i nikt ani nic mnie nie goni.
Błąd, błąd, błąd.
Już Osiecka o tym pisała. Nie odkładajmy niczego na później, żeby koścista panna nie wyłączyła nam prądu w środku złotego popołudnia. Niech nam się nie wydaje, że jeszcze wszystko przed nami, i że zdążymy być szczęśliwi, bo właściwie czemu nie?
A skoro nie jestem szczęśliwa, to chyba pora coś na to poradzić. Teraz, zaraz, nie - wkrótce.
No, najpóźniej jutro po południu...

(I może być brak człowieka, którego się nie znało osobiście. I może ten brak wracać, uderzając w splot słoneczny, odbierać oddech.
Cisza.)

Thursday, 9 April 2015

Słońce widzę! Słońce!

I jest to sytuacja nietypowa nie tylko dlatego, że do niedawna utrzymywała się nam pogoda wybitnie podpsowa, ale również dlatego, że po raz pierwszy od siedmiu lat pracuję w biurze z normalnym oknem, wychodzącym na świat, a nie na podwórko kamienicy typu studnia. Grzeję się zatem w rzeczonym słońcu, rzeźbię różne cuda-wianki, i tak mi jakoś... nie najgorzej. Założyłam płaszcz sprzed ponad dekady (bo znowu się w niego mieszczę), właśnie zakiełkował mi w głowie kolejny pomysł na pisanie rzeczy różnych, odzyskałam wszystkie swoje garnki, przyprawy i utensylia kuchenne - czegóż chcieć więcej?
Żeby pogoda się utrzymała. I żeby nie zabrakło mi książek do czytania. I żeby morze pojawiło się wkrótce w moim życiu, chociaż na weekend. Tęsknię sobie za Ludźmi Nad Morzem.
Ach, i jeszcze - zamówiłam wczoraj skarpetki z kubka, te z owieczką. Radość, radość, radość!
Wiosna, no.

Wednesday, 1 April 2015

Pozwolę sobie zagaić mało kulturalnie: czy jestem jedyną kobietą na Ziemi, której gwałtowne zmiany pogody wychodzą na twarz w postaci cholernie "malowniczych" kraterów? Odpowiedz, drogie Bravo.

Ponadto: wyjechałam służbowo na dzień jeden, i nic z niego nie wyniosłam, ani niczego nie załatwiłam. No, dobrze - książki przeczytałam, sztuk dwie, i wykonałam telefon z gratulacjami, który bardzo mię był podniósł na duchu. A po powrocie, drepcząc po zapaczkomatowione materiały do kartek świątecznych, natknęłam się na jeża. W zimny, wietrzny i mokry wieczór marcowy, w mieście stołecznym. Sympatyczny ten jeż. Pysk miał taki... inteligentny. Szczególnie w porównaniu do takich różnych, z którymi zdarza mi się jeździć komunikacją miejską... ale nie sądźmy, by nam nie zasądzono.

A, i wreszcie udało mi się skończyć jedno cuś na konkurs. Po pracy idę na pocztę, i wysyłam w dal. Kciuków trzymać nie trzeba, na nic się specjalnie nie nastawiam. Ale pisało się ładnie, i tego się trzymajmy.

Uszy do góry, przyjaciele meteopaci! Przynajmniej mamy już czas letni...

Tuesday, 24 March 2015

Ketlingowanie czas zacząć.

Mam wygodny dworek ku Mokotowu, który-m po wojnach zbudował.

Chodzi mi ten cytat po głowie, odkąd zaczęłam się układać w sprawie wynajmu mieszkania M.
I oto - wczoraj odebrałyśmy z Honey klucze, i za dni parę wbijamy się na Stary Mokotów, nad Żabką, naprzeciwko biblioteki publicznej, w bliskości szkoły jogi, którą zamierzam nawiedzać, i parku, w którym zamierzam czytać/pisać książki.
Mieszkanie zatrzymało się w czasie jakieś pół wieku temu, parkiet skrzypi, na ścianach wiszą talerze, a część wyposażenia komisyjnie trafiła do szafki roboczo nazwanej Mordorem - ale za to mamy wielką kuchnię z przytulnym stołem, i szafki pod oknem, na których można sobie usiąść z kubkiem porannej kawy, włączyć radio nastawione na RMF Classic, i pocieszyć się porankiem.
Honey, gwoli ścisłości, jest moją psiapsiółą z czasów szaleństw na japońskiej wiosce, wierną fanką majonezu Kieleckiego (TAK JEST!), i jedną z najbardziej ogarniętych, spokojnych i zrównoważonych osób, jakie znam. Przyda mi się trochę jej ekwilibrium, szczególnie w fazie urządzania się w nowej przestrzeni (po miesiącu pomieszkiwania we wnętrzach tak ikeowskich, że bardziej już by się chyba nie dało...) i krzepnięcia w formie pod hasłem "nowa praca".
Ta ostatnia - nie jest zła. Owszem, gonię jak mały samochodzik, i czasami nie do końca wiem, gdzie jest góra, a gdzie dół: ale wyzwania, wyzwania, wyzwania są dobre, i tego się trzymajmy.

Czytam ostatnio: głównie Pratchetta, powtórkowo. Ach, i Marsjanin Andy'ego Weira przeczytał mi się w dwa dni - polecam, proszę państwa, bardzo koniecznie!

Z najnowszych przemyśleń o celach życiowych, snutych późnym, niedzielnym wieczorem na przystanku autobusowym Dworzec Wileński: ja wiem, że w Warszawie nie ma szans na stworzenie dzielnicy teatrów w rodzaju West Endu, ale strasznie bym chciała, żeby istniało przynajmniej takie miejsce, do którego można przyjść po wyjściu z teatru, posłuchać muzyki, napić się kawy/herbaty/wina/whisky, i zjeść coś dobrego, i posiedzieć długo w noc, i porozmawiać o tym, co się właśnie obejrzało. Gdybym miała wściekle dużo pieniędzy, założyłabym całą sieć takich knajpek, i nazwałabym je zbiorczo "Didaskalia". O, taki pomysł.
(A wyszłam w tąż niedzielę z polskiej wersji RENT. Hmm... nie było źle? To już i tak duży komplement.)

I jeszcze piosenka na dziś.


Dobrego dnia!

Friday, 13 March 2015

Laska maga ma na czubku gałkę...

...a pewni Autorzy zostaną z nami na zawsze, ponieważ wciąż będziemy Ich czytać, i znajdować coś nowego w doskonale znanych tekstach. Na tę okoliczność nabyłam wczoraj elektroniczną wersję Ciekawych czasów (papierowe, angielskie wydanie, leży w jednym z kartonów - w sąsiedztwie Zimistrza oraz Dobrego omenu). Powinno się dodać tę książkę do kanonu lektur obowiązkowych na orientalistyce. Seriously.

A propos kartonów - żeby nie wchodzić głębiej w temat, który mnie przybija i przygnębia (no, może jeszcze tylko dodam, że podobno będzie jeszcze jedna część historii Tiffany, już gotowa) - zastanawiam się, czy Kathryn Janeway czuła się równie beznadziejnie, pakując swoje rzeczy przed wyprowadzką z Voyagera. Mimo wszystko - to był jej dom, nie do końca idealny (ha!), ale: dom. Trochę mnie podnosi na duchu takie racjonalizowanie w duchu WWCJD - What Would Captain Janeway Do? Może nie jest/nie będzie najgorzej.
Aczkolwiek - w zimne, ponure, deszczowe dni, kiedy wszystko człowieka boli, a mózg spoczywa przygwożdżony do gleby masą złych informacji - czasami ciężko jest w to uwierzyć.
Idę tłumaczyć instrukcję obsługi zestawu hydroponicznego.

Wednesday, 11 March 2015

Muszę się trochę wyładować, zanim eksploduję jak supernowa. Padło na internet - bój się, internecie...

Rok mi się zaczął od wypowiedzenia umowy o pracę. Firma postanowiła zwinąć skrzydła o wiele szybciej, niż przypuszczałam - wróciłyśmy z A. po świętach, i właściwie na dzień dobry poczęstowano nas informacją o likwidacji biura z końcem kwietnia. Nie muszę mówić, co było potem. Mroczne, mroczne dni i tygodnie. Ale schudłam przepięknie, panie i panowie. Potem przyplątał się do mnie wredny wirus zatokowy (nie polecam), w którego towarzystwie pojechałam na rozmowę kwalifikacyjną do miasta rodzinnego (lub raczej - miasta urodzenia): i okazało się, że nie ma dla mnie konkurencji, i czy mogę zacząć od marca?...

Więcej szczęścia, niż rozumu, mówię Wam.

Tak się zatem złożyło, że mieszkam (tymczasowo) po jednej stronie rzeki, pracuję po drugiej, czytuję mnóstwo ebooków pełzając autobusami w tę i z powrotem, uczę się nowych rzeczy - trochę marketingu, trochę babrania się w HTML-u, sporo czytania między wierszami (NowaFirma ma bujną historię, której strzępki docierają do mnie z różnych stron, ale nikt nic nie mówi wprost), i - jak zwykle - walczę z wiatrakami. Dzisiejszym wiatrakowym okazał się lokalny (bo nie "nasz") informatyk, który zasugerował mi nauczenie się innego trybu edycji stron, ponieważ on nie zna tego, który właśnie zdążyłam opanować... ale nawet jak się nauczę, on i tak mi nie pomoże, ponieważ nie wie, jak się przerzuca pliki na home.pl. Trochę mnie teraz telepie. Zrobię sobie herbaty, żeby czymś zająć ręce i przypadkiem komuś nie przyłożyć.

Zatem - książki, książki są miłe, i pomagają zapomnieć o świecie jako takim. Nie wszystkie rzucają mnie na kolana - nie dalej jak wczoraj skończyłam Sprzedaj lodówkę..., i poczułam się jak śmieć, tudzież coś brzydkiego przyklejonego do podeszwy autora, albowiem nie jeżdżę po dzikich lądach na własną rękę, z pokaźnych oszczędności korzystając, nie biorę trzech miesięcy urlopu pod rząd, i nie uważam, że trzeba się kompletnie odciąć od cywilizacji, żeby NAPRAWDĘ odpocząć. Zdaniem śp. autora (zmarł w podróży, na zator płucny, w wieku niespełna 36. lat - jak mam to traktować?...) jestem więc lipnym podróżnikiem, o ile w ogóle zasługuję na ten dumny tytuł. Do tej pory myślałam, że tak - kajam się, kajam...
Z drugiej stron - myślałam również, że "jeżyna" pisze się przez "Ż" - a tutaj autor i redaktor książki (czy jest taka osoba na sali?!) udowadniają mi, że niekoniecznie... Hmm. Czepiam się? Być może.

Z jaśniejszych wieści okołoksiążkowych: nabyłam przez Allegro nowego Dukaja. Na moim malutkim, prościutkim czytniku mogę obcować tylko z pierwszą "warstwą" Samotności aksolotla, ale i tak jest pięknie. Ale chciałabym mieć kiedyś czytnik, przy użyciu którego można by budować holograficzne, trójwymiarowe modele opisywanych przez autora budynków, ludzi i robotów... za dużo Star Treka? Nie sądzę...

(Ach, bo i Voyager mną rządzi ostatnio. I podcasty. I oczekiwanie na nową Florence.)

Poza tym, z nowości - zostałam ciocią malutkiej Małgosi, mój brat się zaręczył, moja mama bierze kolejną serię zastrzyków w brzuch, otaczają mnie aspołeczne koty oraz ich ą-ę właściciele, mam na warsztacie trzy projekty (z czego tylko jeden jest fanfikiem, gasp!), a w ostatni weekend po raz pierwszy jeździłam samochodem Młodego po Warszawie, i przeżyłam. Ze spalaniem 4,8. Jestem dobra, prawda?

Czasami. Ewentualnie. Nie zawsze.

A teraz idę pomóżdżyć koncepcyjnie. Dobrego popołudnia, Drodzy.