Niespełna miesiąc temu szłyśmy słoneczną ulicą z Nową Właścicielką Mojego Mieszkania w T. Miałam na ramieniu torbę z odkurzaczem, na nosie okulary przeciwsłoneczne, i paliłam "łańcuszkowo" w ramach neutralizowania kataru siennego (bo leki zostały w Warszawie).
Nowa Właścicielka - rocznik '87, sympatyczna, wewnętrznie rozdygotana w całej tej sytuacji (reakcja, którą przerabiałam na własnej skórze circa about sześć lat temu) - patrzyła na mnie z mieszaniną podziwu i niezrozumienia.
-Tobie jest tam dobrze? Ilekroć ja przyjeżdżam do Warszawy, nie mogę za niczym nadążyć...
Nie umiałam jej wtedy wyjaśnić - i dziś też tego nie potrafię - że dopiero w Warszawie zaczynam naprawdę ODDYCHAĆ.
Nie przeszkadza mi wracanie z załatwiania spraw służbowych tramwajem pełnym domaniewskich orków zdążających do metra. Orkowie wysiądą, a ja pojadę dalej, rozsiadłszy się wygodnie z książką na podołku, aż do "mojego" kawałka miasta, z panem z Żabki, który już wie, które wino mi podać, z ukrytym przy sąsiedniej ulicy zakonem Karmelitów Bosych, z parkiem, w którym zaprzyjaźniam się ze strachliwymi border collie, z biblioteką, z której co tydzień wychodzę objuczona jak mały wielbłąd, z piekarnią, która sprzedaje Ten Właściwy Chleb, po który nie muszę już jeździć z T. do domu. Mam bliżej rodzinę (co jest ważne w sytuacji, gdy hashtag z ostatniego roku mojego życia powinien brzmieć: #MójBratToIdiota). Mam dookoła teatry, i ulubione kino w centrum, z którego wracam do mieszkania na piechotę, prażąc się w słońcu. Mam sposobność spotykania ludzi, którzy mnie inspirują (Zadie Smith! ZADIE! SMITH!), i z przyjaciółmi - stąd i z daleka - z którymi tęskniłam. (Teraz, dla odmiany, tęsknię do ludzi z T., ale taka jest kolej rzeczy? Proszę mi podrzucić jakiś zgrabny frazes na tę okoliczność.)
Nie przeszkadzają mi korki, bo dzięki nim więcej czytam w autobusach. Nie przeszkadza mi mnogość ludzi na ulicach, bo mogę się między nimi schować. Owszem, PRZESZKADZA mi mnogość księgarni i sklepów z materiałami rękodzielniczymi, ale to już mój problem, nie miasta.
Tak sobie tu oto jestem, i może jeszcze trochę zostanę.
Nowa Właścicielka - rocznik '87, sympatyczna, wewnętrznie rozdygotana w całej tej sytuacji (reakcja, którą przerabiałam na własnej skórze circa about sześć lat temu) - patrzyła na mnie z mieszaniną podziwu i niezrozumienia.
-Tobie jest tam dobrze? Ilekroć ja przyjeżdżam do Warszawy, nie mogę za niczym nadążyć...
Nie umiałam jej wtedy wyjaśnić - i dziś też tego nie potrafię - że dopiero w Warszawie zaczynam naprawdę ODDYCHAĆ.
Nie przeszkadza mi wracanie z załatwiania spraw służbowych tramwajem pełnym domaniewskich orków zdążających do metra. Orkowie wysiądą, a ja pojadę dalej, rozsiadłszy się wygodnie z książką na podołku, aż do "mojego" kawałka miasta, z panem z Żabki, który już wie, które wino mi podać, z ukrytym przy sąsiedniej ulicy zakonem Karmelitów Bosych, z parkiem, w którym zaprzyjaźniam się ze strachliwymi border collie, z biblioteką, z której co tydzień wychodzę objuczona jak mały wielbłąd, z piekarnią, która sprzedaje Ten Właściwy Chleb, po który nie muszę już jeździć z T. do domu. Mam bliżej rodzinę (co jest ważne w sytuacji, gdy hashtag z ostatniego roku mojego życia powinien brzmieć: #MójBratToIdiota). Mam dookoła teatry, i ulubione kino w centrum, z którego wracam do mieszkania na piechotę, prażąc się w słońcu. Mam sposobność spotykania ludzi, którzy mnie inspirują (Zadie Smith! ZADIE! SMITH!), i z przyjaciółmi - stąd i z daleka - z którymi tęskniłam. (Teraz, dla odmiany, tęsknię do ludzi z T., ale taka jest kolej rzeczy? Proszę mi podrzucić jakiś zgrabny frazes na tę okoliczność.)
Nie przeszkadzają mi korki, bo dzięki nim więcej czytam w autobusach. Nie przeszkadza mi mnogość ludzi na ulicach, bo mogę się między nimi schować. Owszem, PRZESZKADZA mi mnogość księgarni i sklepów z materiałami rękodzielniczymi, ale to już mój problem, nie miasta.
Tak sobie tu oto jestem, i może jeszcze trochę zostanę.