wszystko jest tylko i wyłącznie złudzeniem,
absolutnie doskonałym,
które nie ma nic wspólnego z dobrem ani ze złem,
akceptacją ani odrzuceniem...
wszystkie rzeczy nie są takie, jakie wydają się być...
nie są także inne... można więc roześmiać się w głos i nie pytać, komu bije dzwon... bije, bo komuś płacą za szarpanie sznurem...
Pomysł Maliny był lekko chybiony, co od razu zauważyła Anita:
- Lalka, czy my mamy jakąś babcię w okolicy?
- No, niby nie mamy, ale możemy mieć.
- Masz jakieś propozycje?
- Moja mama? Znaczy moja i Borka, twoja teściowa zresztą.
- Aha, tędy. Ale to bez sensu. Skoro nie ma jeszcze wnuczęcia...
- Wnuczki. To już akurat wiemy.
- Nieważne. Ale skoro nie ma wnuczki, to nie ma babci.
- Nitka, nie bądź taka logiczna, nawiedzona proczojsówa.
- Jestem proczojsówą.
- Ale nie bądź tak nawiedzona. Takie gadki są dobre na naukowe dyskusje, do tego w innym gronie. Bo ja też jestem proczosojsówa. My teraz możemy sobie dać trochę luzu.
- Dobrze, już dotarło. Taki dzień babci bez babci.
- Po prostu rodzinna kolacja z okazji ustawowego dnia babci.
- Było tak od razu, że nie chodzi o żadną babcię, tylko o okazję.
- Czyli w środę u nas jemy pieczonego łososia?
Wtedy ożywił się milczący do tej pory Borek:
- Łosoś koniecznie. Pupcia, dawno nie robiłaś.
Malina włączywszy jeden z wariantów swoich min słodkiej idiotki dodała jakby nieco retorycznie:
- Cieszysz się?
Pani Weronika, choć jak każda normalna, zdrowa psychicznie kobieta też była proczojsowa, to była nieco starszej daty, więc gdy dowiedziała się o zmienionym stanie organizmu swojej synowej szybko weszła mentalnie w tryb bycia babcią. Kilka razy miała też okazję poznać rozkosze spożywania pieczonego łososia na sposób Anity. Więc gdy się dowiedziała, co się ma dziać od razu włączyła się do współpracy. Co prawda jej synowa potrafiła sama wykonać swoje dzieło, ale ta uznała, że lepiej, gdy będzie to efekt pracy zespołu. Miała inną opinię, niż Borek, który twierdził, że jego siostra oraz siostrowa pichcić nie umieją, co najwyżej pizzę zamówić przez telefon. Więc myślała pozytywnie na temat powodzenia całego projektu obejmując kierownictwo. Poza tym pieczony łosoś jej sposobem to nie było sobie takie kupić, upiec, potem zeżreć. Ten łosoś nie był tylko samym łososiem, to było mnóstwo innych rzeczy nim nie będących, zaś Anita mimo wszystko nie była Durgą Ośmioramienną. Tak więc szybko podjęła rolę bosmana na jachcie, który pohukuje na załogę, że wszystko jest robione źle. Malina i Mariolka miały naprawdę przesrane, upiekło się tylko Borkowi, który dostał zadanie pilnowania kaszy, co nie wymagało bynajmniej ciągłego tłoczenia się w kuchni pełnej bab, gdy żadnej, nawet swojej nie można uszczypnąć w pupę, bo można dostać po ryju. Poza miał on jeszcze inną misję, jaką było zabawianie Mamy, żeby do tej kuchni, jako gość honorowy nie zaglądała. Za to Mama też miała swoje do roboty. Otrzymała ścierkę do naczyń jako insygnium władzy nad kotem, który im bardziej się pojawiał, tym bardziej miał być przeganiany na zbitą mordę, bez prawa do apelacji.
Wreszcie jednak jacht zawinął do portu i padła komenda finałowa:
- Panie plus pan! Ręce myć i do stołu!
Zaś na stole było naprawdę bogato. Poczesne miejsce zajmowała wielka micha pełna pieczonej łososiny, obok druga micha kaszy gryczanej, którą Borek dopilnował jak należy. Kilka odmian sosów, domowych, nie sklepowych, oraz dwie wersje miksu dodatków roślinnych. Jedna ogórkowa, druga bezogórkowa. Tak musiało być, gdyż akurat Mariolka była bezogórkowa. Pracowała bowiem kiedyś w warzywniaku, co wspominała potem następująco:
- Nie chcecie wiedzieć, gdzie szefowa plasowała te ogórki na zapleczu, zanim trafiały do klientów. Więc ja za ogórki dziękuję.
W opisie zawartości stołu pomińmy już wszelkie takie tam różne, które tam powinny być, więc były, nie twórzmy zagadnień.
Po zajęciu miejsc nastąpił wreszcie okres ciszy, gdyż paszcze miały coś innego do roboty, niż gadanie. Mimo, że w tym domu nie jadano stylem japońskim, tylko francuskim, gdzie jedzeniu towarzyszy właśnie gadanie, to nie padło ani jedno słowo. Nawet prośby, aby komuś podać coś, co jest akurat poza zasięgiem, artykułowano gestami plus jakimiś ewentualnymi pomrukami. Gdy wreszcie minęła pierwsza fala ekstazy pani Weronika zabrała głos, pokazując na butelkę wina będącą jej wkładem do obiadokolacji.
- Łosoś lubi pływać, więc żeby sobie nie pomyślał, że go koty jedzą, to zajmij się Mioleczko tym pojemnikiem, jako najmłodsza.
Kot tego nie skomentował, choć słyszał wszystko z kuchni, bo sam pałaszował po japońsku swój godziwy bonus, który otrzymał za... Bynajmniej nie za bycie mało upierdliwym, bo akurat był aż za bardzo, ale za to, że jest kotem, ważnym elementem tej rodziny.
Mioleczka otworzyła butelkę, potem pojechała po starszeństwie. Najpierw nalała Mamie, Anitę ominęła, potem się zawahała, jak zwykle przy takiej okazji. Starszy Borek, czy młodsza Lalka, ale jakby nie było dupencja? Lecz ów starszy skrócił jej męki.
- Mioluś, ja dziękuję.
- Okay.
Gdy kieliszek Maliny przestał być pusty, postawiła butelkę na stole. Lalka spojrzała jakby odrobinę zdziwiona na nią, potem na Borka, potem znowu na nią, wreszcie spytała:
- A wy co? Antybiotyki bierzecie?
Brat spojrzał na nią jakby lekko zbulwersowany:
- Siostra, zachowuj się.
Malina przyjęła któryś z wariantów jej ulubionej miny słodkiej idiotki, po czym skromnie spuszczając swe oczęta mruknęła:
- Masz rację. Przepraszam. To było alkochamstwo.
Wtrąciła się jednak Mama:
- Dzieciaki, wyluzujcie. Borek faktycznie ma rację, ale w tym naszym gronie nie musimy podchodzić do spraw aż tak poważnie. Bo mnie akurat zaciekawiło, dlaczego mój syn, który choć zawsze pijał skromnie, to jednak dziób moczył, teraz nagle przyjął opcję zerową. Niteczko, coś wiesz na ten temat?
- Pojęcia nie mam. Sama nie używam tego narkotyku od pewnego czasu, ze względów wszystkim tu wiadomych, więc umknęło to mojej uwadze. Słodziaczku, od kiedy ty tak?
- Od sylwka.
- Postanowienie noworoczne? Nic mi nie mówiłeś.
- Nieee... Może nie aż tak grubo. Po prostu zwykła decyzja.
W tym momencie Malina patrząc uważnie na Mariolkę i pusty kieliszek stojący za jej talerzem oznajmiła:
- Chyba łączę kropki. Na sylwka byłyśmy z Miolą u Borków. Działo się dużo, ogólny rozgardiasz, tańce, hulanki, swawole, wszyscy gadają ze wszystkimi, ale oni nagle złapali jakiś temat we dwoje. Długo go wałkowali zresztą, ale teraz już wiem, co to było.
- Co?
- Nie jestem idiotką, więc wierzę w przypadki, ale dziś akurat taki nie nastąpił. To była ich wspólna, kolektywna decyzja. Też to przegapiłam, bo do tej pory nie było okazji do żadnej wypitki, ale teraz już to widzę.
Wreszcie odezwała się Mariolka:
- Trochę tak, trochę nie. Bo myśmy nic wspólnie nie postanawiali, nie było żadnych projektów wykonawczych. Był tylko wspólny consensus na pewien temat, ale nie szły za tym żadne wzajemne zobowiązania. Tak więc to właśnie przypadek głównie zrządził, że dziś oboje odmówiliśmy spożycia.
- Jakiż to był consenus?
Miolka najpierw dołożyła rybiny na talerz, potem nieco sałatki, tej bez ogórka rzecz jasna, zawahała się nad kaszą, ale odpuściła, po czym oznajmiła:
- Paracelsus stwierdził kiedyś, że wszystko jest trucizną, oraz nic nie jest trucizną, że tylko dawka czyni truciznę. Otóż narkotyk zwany alkoholem ma taką dziwną właściwość, że jest trucizną niezależnie od dawki. Nawet orzechówka medyczna, którą się dawkuje na krople daje bilans na minus. Bardziej truje, niż buduje.
Mama spokojnie słuchała sobie tego wywodu, równie spokojnie przeżywając kęs łososia, wreszcie zwróciła swą uwagę na Anitę.
- Kochana, a co ty na to? Wydaje mi się, że masz największą wiedzę na ten temat. Jak dobrze wiesz, nie jestem przemądrzałą teściową, więc chętnie usłyszę twoje zdanie.
- Bez przesady. Nie jestem zbyt wielkim specem. Na temat narkotyków wiem tylko tyle, co powinna wiedzieć czarownica na moim poziomie. Do tego też nie wszystkich. Za to orzechówka medyczna? Zielarstwo, ziołolecznictwo stosuje czasem nalewki na alkoholu, ale ja tu akurat jestem sceptyczna. Tak, jak Miola powiedziała. Więcej trują, niż budują. Doraźnie może mogą pomóc, ale kosztem pewnej destrukcji. Tylko zastrzegam, że magia realna to nie farmakologia. Wiele pytań do niej trzeba kierować.
Wtedy wtrącił się nagle Borek:
- Miola ma rację. Nic nie uzgadnialiśmy. Nic nie koordynowaliśmy. Mnie się tylko zachciało być odpowiedzialnym ojcem za pół roku. Odpowiedzialny ojciec musi dbać o swoją formę bardziej, niż odpowiedzialny partner. Chyba nie przypuszczacie, że Mariolka też chce być ojcem?
Ta wypowiedź rozwaliła systemy wszystkim przy stole. Zaś dalszej konsumpcji pieczonego łososia towarzyszyła luźna rozmowa na kompletnie inne tematy. Tylko Anita jakby coś sobie przypomniała. Nabiła na widelec spory kawałek rybiny, wtłoczyła go sobie do ust, pochyliła się do siedzącego obok Falibora, przyciągnęła jego głowę do swojej, po czym...
Robiło wrażenie. Malina i Mariolka chwyciły się wzajemnie za uda pod stołem, zaś pani Weronika ze swoim przyjaznym i życzliwym uśmiechem skomentowała:
- Takie jedzenie sobie z dzióbków to musi być prawdziwa miłość.
Po czym odłożywszy widelec chwyciła za butelkę i nalała wina do kieliszków Mariolki, Borka, a także Anity. Na zdziwione spojrzenie Maliny odpowiedziała:
- Czy jest coś, czego nie rozumiesz córeczko?
- Luz. Po prostu nikt się nie przyjrzał etykietce.
W Pleciudze, jak to w Pleciudze. Gdy nasze wiedźmy zejdą się na swoje czwartkowe pogaduchy, to różne tematy biorą na warsztat. Czasem są to szalenie ważne czarowskie sprawy, czasem zaś toczą dysputy o przysłowiowym siusiaku damiana. Razu tego Anita rzuciła tak sobie nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy: - A wiecie, dziś miałam zabawną akcję w robocie. - No? Odparła któraś, bodajże Malina, więc Nita zakontynuowała: - Siedzę sobie z Borkiem w tym naszym firmowym barku na dole, zaczynamy lunch, nagle dosiada się Ewka, taka koleżanka... Tu jej przerwała Roxy: - Ta Ewka, co kiedyś robiła podchody do Borka? - Nie, skąd. Tamta już dawno u nas nie pracuje. - Pomogłaś jej w tym, czy tak sama z siebie odeszła? Anita dyplomatycznie udała, że wcale nie było tego pytania, tylko rozwinęła odpowiedź na pierwsze: - To jest akurat dość fajna Ewka, z tych Ewek, co się dają lubić. Ale nie była sama, tylko była jeszcze taka... Taka nowa, jeszcze jej nie rozkminiłam za dobrze. Borek zrobił minę jak srający borsuk, bo chcieliśmy pogadać, a tu nagle zmiana planów. Więc tylko skulił się nad tymi swoimi krewetkami z frytami belgijskimi i udaje, że go tu wcale nie ma. Tu nagle ożywiła się Kaśka: - On naprawdę nic innego nie jada? - Nie, no... W firmie nic innego nie jada, bo uważa, że tylko to się tam nadaje do jedzenia. W domu zjada wszystko, kraszone, postne, grzeczny dzieciak jest. - Ale te fryty z krewetkami są naprawdę zajebiste. To był komentarz Mali, która jeszcze dodała: - Ja kiedyś specjalnie tam sobie pojechałam na te fryty. Tyle się nasłuchałam na ich temat, że chciałam spróbować. Spróbowałam. Potem nawet powtórzyłam, drugą porcję wzięłam. - Ja frytek nie jadam. Od frytek cycki miękną. Rzuciła Roxy, lecz Mala miała już ripostę: - Mnie jakoś nic nie zmiękło. Zresztą sama pomacaj. Mówiąc to zrobiła ruch, jakby chciała chwycić Rudą za dłoń, ale ta ją szybko cofnęła, dodając przy tym jeszcze: - Nic ci teraz nie będę macać. Nita, miało być o Ewce, a tu mi nagle siuśka jedna wyskakuje z jakimiś tam cyckami. Zaprowadź proszę jakiś porządek w tej opowieści. Kaśka i Malina nagle się zgodnie zaśmiały, zaś Anita oznajmiła: - To ty zaczęłaś. Ale zostawmy już te cholerne cycki... Niestety Mala jej przerwała: - To ta Ewka nie ma cycków? - Młoda, zamknij się! Mam opowiadać, czy nie mam opowiadać? - Nita, kocham cię! - To nie jest odpowiedź na to pytanie. - No, już mów. Ja tylko tak... Dla zacieśnienia siostrzanej więzi. - Wariatka. No, ale dobrze. Więc rozsiadły się obie, Ewka i ta nowa, pełnymi buziami, ja patrzę na Borka, Borek nie patrzy na nikogo, tylko na te swoje krewetki, czekam więc co dalej. To ta Ewka nagle się mnie pyta, jak spędziłam sylwka. Ale wcale jej nie interesowało, co odpowiem, bo sama zaczęła opowiadać o swoim, zanim ja w ogóle zebrałam myśli. No, trudno. Skoro już się uparła spierdolić mi wspólny lunch z chłopem mojego życia, to co bym nie zrobiła, to spierdolę jeszcze bardziej. Siedzę cicho, konsumuję swoje, co mam na talerzu, za to Ewunia zaczyna się rozwijać. Opowiada co, kto, sro, co się działo, co kto zrobił, nie zrobił, guzik mnie to wszystko obchodzi, nawet nie znam tych ludzi, ale ta nagle zaczyna wychwalać zielsko, które ktoś tam przyniósł. To coś mnie podkorciło, mówię, że fajnie. Że pewnie nikt się za bardzo nie upił. Takim truizmem sobie sypnęłam, po czym wcinam dalej, za to nagle wtarła się ta nowa. Mówi, takim full bufoniastym tonem, pełnym wysokiej wyższości, wyżej od wyżeja, że ona nie musi palić żadnego zielska, żeby się dobrze bawić. - Jeden z najbardziej frajerskich tekstów świata. To wtrąciła Kaśka, zaś Malina dodała, tak nieco konsyliacyjnie: - Społeczeństwo jest wciąż permanentnie niedoedukowane. Takim pindziom jak ta nowa wydaje się, że jak ktoś używa marihuany, to znaczy, że musi. Tak mają wdrukowane do głowy, jeszcze wiele lat upłynie, zanim się ten fałsz odfałszuje. Jak parę innych zresztą. Lecz Anita nie podjęła tematu, raczej go zgasiła: - Oj Lalka, świetnie wiemy, o co chodzi, ta piana została już zbita do białej kości, do krwi z dupy. Lepiej posłuchajcie, co było dalej. - No? - Ja nic nie mówię, żułam zresztą, Ewka na razie tylko patrzy na tą nową, jakby naprawdę chciała rozkminić te jej brednie. Za to nagle odezwał się mój nieślubny małżonek znad tych swoich krewetek belgijskich. I to jak się odezwał. Mala zawierciła nagle pupą po krzesełku: - Co powiedział? Co powiedział? - Cytuję dosłownie: Rozumiem, że ruchać też się nie musisz? Rymsnęło gromkim śmiechem po całej całości. Aż reszta klientek Pleciugi odwróciła głowy znad swoich pleciugato, czy też innych wspaniałości oferowanych przez kafejkę. Zaś gdy się już wyśmiało, Roxy westchnęła niczym znana gwiazda filmów dla dorosłych, tych bardziej romantycznych: - Wiedziałam co robię podkochując się w nim kiedyś. Za to Malina wyprostowała się dumnie na swoim siedzisku, mocno wypchnęła cycki do przodu, jakby chcąc pokazać, że nie jada zbyt wiele frytek, po czym oświadczyła: - To przecież mój brat. Ta sama krew. To wywołało znów salwę śmiechu, po której to salwie Kaśka spytała rzeczowo, jak to Kaśka: - Znaczy ta nowa mądralińska chyba długo nie popracuje u was? Anita w swojej firmie zarabiała na rachunki jako szefowa działu logistyki. Nie była bynajmniej w jej zarządzie, nie była formalnie zbyt decyzyjną pracownicą. Ale jako czarownica miała bardzo długie ręce. Wystarczyła jedna celna klątwa, jeden urok, czy jakieś inne zaklęcie, żeby bardzo wiele zmienić co do polityki owej firmy, szalenie rentownej zresztą. Taka przezroczysta eminencja, można by rzec. Jej psiapsie świetnie to wiedziały, reszta świata raczej już stanowczo niekoniecznie. Chyba nawet Falibor miał słabe pojęcie na ten temat. Więc odpowiedziała Katarzynie: - Jeszcze to przemyślę, jeszcze ją poobserwuję. Ale na pewno praca w jednej firmie z idiotkami, czy też idiotami, z którymi nie idzie rozumować sprawia mi przykrość. Ty najbardziej nie lubisz chamstwa, zaś ja głupoty. Zapadła cisza, którą wreszcie przerwała Mala: - To może pogadajmy teraz chwilę o tych cyckach i frytkach. Bo jakoś za poważnie się zrobiło, a ja z kolei nie lubię, jak jest tak bardzo za bardzo za poważnie.
Co prawda mamy już nowy rok, ale na razie cofniemy się jeszcze do okresu przedświątecznego, do piątku przed niedzielą zimowego sabatu. Jak doskonale pamiętamy, Anita, Roxy, plus Kaśka na doczepkę postanowiły sobie pojechać do wioski zakonu Benges. Nita miała w tym swój interes, gdyż była na wstępnym etapie szukania dobrej miejscówki, gdzie mogłaby bezpiecznie urodzić. Miała na oku kilka zagranicznych klinik, ale do sprawy wmieszała się Zira, mniszka Benges, z którą jakoś tak mniej więcej od roku mocno się kumplowała, od czasu próby porwania Mali.
- Nigdzie nie szperaj, nie szukaj, tylko wal prosto do nas. Mamy najlepszą porodówkę jaką tylko sobie możesz wyobrazić.
- Nie wiedziałam...
- Nie wiedziałam i nie rozumowałam. A przecież my też rodzimy jakieś dzieci. Więc siostry muszą mieć super warunki do tego. Inne dziewczyny, bezmocki zresztą też. Nie myślisz chyba, że wyślemy taką do jakiegoś szpitala powiatowego?
Tu pora coś wyjaśnić. Takie pojęcia, jak zakon, klasztor, czy też mniszka mogą budzić różne skojarzenia. Ale jedno jest na pewno mocno błędne. Wiedźmy Benges mają pewne swoje reguły gry, niektóre bardzo ostre, wręcz psychopatyczne, ale taka patologia jak deprywacja spraw zasadniczych nie ma tam miejsca. Zaś jak wiadomo, skutkiem tych spraw bywają czasem dzieci. Więcej już dorosłym ludziom tłumaczyć chyba nie trzeba. Więc Anita spytała wtedy jeszcze na koniec tej rozmowy:
- A jaki jest, że tak powiem, rozmiar nieszczęścia?
- Masz na myśli pieczywo?
- Dokładnie.
- Nie mamy umowy z reżimowym funduszem zdrowia bynajmniej. To zresztą nie jest żadna placówka usługowa, tylko tak do naszego wewnętrznego, prywatnego użytku. Ale od czasu do czasu trafia się klientka z zewnątrz. To trochę tak, jak z twoim czarowaniem. Nie jesteś zawodowa, robisz to głównie dla siebie, ale fajnym zleceniem nie pogardzisz.
- Zirka, nie trajluj mnie tu. Ile?
- Dogadamy się. Będzie pani zadowolona.
Anita nie była do końca pewna, czy śmiech Ziry brzmiał dobrze, czy niekoniecznie. Rzuciła więc tylko na koniec rozmowy:
- Jeszcze dodaj, że mam ci zaufać.
- To jest zbędne, w końcu jesteśmy siostrami.
- Zirka, chyba mi nie pomagasz teraz.
Koniec końców, zanim Anita odłożyła telefon obie czarownice dogadały jej wstępną wizytę w wiosce. Tak więc teraz jedzie ich trójka. Kaśki, jak pamiętamy, kwestie natalne mało obchodziły, ale chętnie dołączyła do wycieczki. Była bowiem ciekawa, jak się miewa pewna niedoszła, początkująca ćpunka, imieniem Dżesika zresztą, której uratowała dupę ekspediując ją do wioski Benges. Dorzućmy do tego jeszcze ciekawość ogólną, którą choć rzadko okazywała, to bynajmniej nie była jej obca. Ale gdy już wyjechały na drogę szybkiego ruchu Roxy nagle rzuciła znad kierownicy na zupełnie inny temat:
- Kasiu, jak się skończyła sprawa z tą klątwą, co to ją odbijałyśmy u mnie? Wiesz, z tego wisiorka. Doszłaś już, kto ją rzucił?
Tu wtrąciła Anita:
- Jak to kto? Berta, ta zawodowa, poznałyśmy po sygnaturze.
- Niteczko, nie plącz. Widzę, że ciąża nie robi dobrze na pamięć.
- Ano tak, dobrze, już wiem. Berta tylko utkała i sprzedała.
- No. To wiesz już Kasik, komu sprzedała?
- Prawie. Mam grube poszlaki. Ofiarą miała być...
- Wiem. Ta, jak jej tam, Yakuza. Twoja nowa pupilka.
- Taka nowa stara. Ale mniejsza z tym. Więc ona miała drobną kosę z jedną ze swoich panienek.
Znowu wtarła się Anita:
- Co one tak w ogóle robią? No, ten jej dziewczyński gang? Tylko nie mów, że hałasują motorami i ćwiczą u ciebie mordobicie. Chodzi mi o to, jak zarabiają dutki? Bogate z domu, czy może mają sponsorów, czy cóś?
Zapadła nagle cisza, a Roxy szybko rzuciła okiem w lusterko, zaś widząc zadumaną twarz Kaśki oznajmiła poważnym głosem:
- Jeśli to taki sekret, że nam nie powiesz, to luz. Zero problemu.
- Nie, spoko. To akurat wam mogę. Tylko chciałam to zabawnie ująć. Tak nie po chamsku.
- Ujęłaś?
- No. Otóż dziewczyny sprzedają zabawę.
Ruda i Nita zachichotały, wreszcie ta pierwsza stwierdziła:
- Prowadzą objazdowy teatrzyk bunraku?
- Nie bardzo. Raczej objazdowy sklep monopolowy. Tylko trochę inne produkty mają w ofercie. Takie sporo mniej legalne.
- Czyli, popularnie mówiąc dilują?
- Tak bym tego nie nazwała, bo się brzydko kojarzy z patusami pod szkołami wciskającymi dzieciakom trutki na szczury. One mają inny target. To są dorośli, bogaci ludzie, których uliczny syf nie zadowala. Czyli jak dla mnie wszystko jest w porządku. Chcącemu nie dzieje się krzywda.
- To prawda. Ale zajęcie ryzykowne, mimo wszystko.
- Dorosłe dupy są, wiedzą, co robią. A towar podobno mają dobry, czysty, uczciwy. Lalka ostatnio kokę u nich kupiła, nie miała powodów do reklamacji.
Nie było żadną tajemnicą w tym gronie, że Malina sporadycznie lubi takie zabawki. Ale że sporadycznie, to tylko idiota zrobi z tego problem. Anita jednak miała drobną wątpliwość.
- Lalce gówna nie wcisną, bo ta cała twoja Yakuza wie, że inaczej ty byś jej urwała łeb. Ale co do innych, to ja nie wiem.
- Inni też są władni urwać jej łeb. Źle kombinujesz.
- Tak w ogóle, to ona wie, że czarujesz?
- Nie. I nie musi wiedzieć. Ona zresztą w takie rzeczy kompletnie nie wierzy. A ja nie widzę żadnego powodu, aby to u niej zmieniać.
Piłkę znowu przejęła Roxy:
- No, dobrze, ale co z tą klientką Berty. Domniemaną klientką, jak mówisz. Klątwa ją trafiła, czy co się stało tak w ogóle?
- Uważam, że trafiła, tak na dziewięćdziesiąt ileś procent. Wiem na razie tyle, że laska dostała wysypki jak chuj, po czym trafiła na zakaźny. Gdyby się potwierdziło, że to jakaś zakaźna, egzotyczna choroba, to by znaczyło, że to nie ona. Czaruję od was krócej, dopiero kilka lat, ale już dobrze wiem, że magią nie można takiej choroby wywołać. Można tylko jedynie obniżyć czyjąś odporność, podkręcić podatność, ale nie na tym ta klątwa przecież polegała.
- Wiesz to akurat ode mnie, moja szkoła.
Zaśmiała się Anita, ale Kaśka mówiła dalej.
- Za to akurat dziś się dowiedziałam, że laskę puścili do domu, bo to jakaś alergia tylko była, nic zakaźnego. To jeszcze nie jest dowód, ale kto miał największy interes zrobić Zośce, znaczy Yakuzie kuku?
- Może oszukany klient?
- Tak, oszukany klient dał zaczarowany wisiorek tej panience, żeby ta go dała niedoszłej ofierze. Za mało prawdopodobne, żeby było prawdziwe. Ale żeby być uczciwą, zostawiam te kilka procent niepewności, po czym sprawa dla mnie jest skończona, bo nic więcej nie wytropię.
Przez dłuższy czas w połykającym bieżące kilometry aucie panowało milczenie. Wreszcie Anita zapytała z pewną taką jakby dozą nieśmiałości:
- Gdzie my teraz jesteśmy?
- Zaniedługo mamy zjechać z autostrady, a potem to ja nie wiem, gdzie jesteśmy. Za to dalej to ty masz wiedzieć. Wioski Benges nie ma na żadnej mapie dżipiesu.
- No, mam tą kartkę ze wskazówkami od Ziry.
- Zmieniamy się za kółkiem, czy pilotujesz?
- Chyba lepiej to drugie, ty z tej kartki nic nie pojmiesz.
- No, to zapierdalamy dalej. Przed zjazdem jest stacja benzynowa. Robimy mały postój? Siku, kawa, bąka puścić, oko dorobić, majty poprawić, czy takie tam inne.
- Robimy.
To akurat padło z tyłu, ze strony Kaśki. Zaś jakieś pół godziny później auto jechało już zwykłą drogą, choć której kolejności odśnieżania tego za bardzo nie było wiadomo. Ale na razie szło dobrze, bo też samego śniegu było niewiele. Jedynie co ileś tam kilometrów padała komenda od Anity:
- W lewo. Prosto. Prosto. W prawo. To teraz prosto.
Ale po pewnym czasie sytuacja zaczęła się nieco odpraszczać.
- W lewo.
- Na pewno?
Ruda nagle zatrzymała pojazd.
- Bo zabacz, co się dzieje. Tu jest tylko dwa w prawo, jedno bardziej w prawo, drugie mniej w prawo.
- A to po lewo?
- To nie jest żadne po lewo, to nawet nie jest polna droga.
- Jak nie jest, jak jest?
- To jest jakaś jebana miedza. Ja tam nie wjadę.
- Ale ja mam na kartce w lewo i chuj.
- Czekaj, bo to może to mniej w prawo to jest w lewo?
- Aha, że takie krzywe rozwidlenie?
- No.
- Dobrze, zasuwamy.
Minęło jednak kilka minut, gdy:
- I gdzie teraz?
- Zira mówiła, że teraz ma być piękna, szeroka, szutrowa droga.
- To wyschnięte koryto potoku przed nami to nie jest żadna ani szeroka, ani droga, ani szutrowa. Ani już na pewno piękna. Ja nie wiem, co to kurwa jest.
- Ale mnie się dalej instrukcja skończyła.
W tym momencie odezwała się śpiąca od jakiegoś czasu Kaśka:
- Cipki, gdzie jesteśmy?
- W murzyńskiej dupie jesteśmy!
- Gryzoń, nie uruchamiaj się.
- Ale ja czuję moc. Nie czujecie?
- Niby coś czuję.
- Ja też. Tam na wprost.
- Tyle sióstr na raz to musi walić mocą na kilka kilometrów.
- No, i wali.
- I coś się świeci.
- Coś. Tak jakby.
- Tak jakby.
- Znaczy, że dobrze jedziemy. Teraz tylko abramakabra i do przodu.
- Tym rowem przeciwczołgowym? Chyba cię pojebało.
Kaśka wysiadła z auta, wyjęła telefon i świecąc latarką podeszła nieco do przodu. Po chwili wróciła i otworzyła drzwi od kierowcy.
- Wiewióreczko kochanie, puścisz mnie za kółko?
Roxy zawahała się chwilę i odparła:
- No, dobrze. Ale jak mi pierdolnie zawieszenie, to niesiesz tego całego grata na plecach. Aż do samej tej wiochy.
- Jak chcesz, to idź przodem i odwalaj co większe bambule.
Na całe szczęście odcinek drogi postrzegany przez Rudą jako kryzysowy szybko się skończył, po czym auto jechało już regularną miedzą, aczkolwiek dość przyjazną dla zawieszenia wozu. Po chwili zaś zatrzymało się na jasno oświetlonym podjeździe przed szeroką, palisadową, jednak zamkniętą bramą. Wiedźmy całą trójką wyszły na zewnątrz rozglądając się po okolicy. Dalej też była taka sama palisada. Nagle Anita krzyknęła:
- Patrzcie, jest!
- Co jest?
- Piękna, szeroka, szutrowa droga.
- Gdzie?
- Tu!
- Rzeczywiście. Czyli to stamtąd powinnyśmy przyjechać?
- Na to wygląda.
- Dobrze, to teraz szukamy domofonu. Albo weź Nitka zadzwoń do Ziry. Niech otworzy, gościnie przyjechały.
Zanim jednak Nitka sięgnęła po telefon podwoje rozwarły się szeroko. Na zewnątrz wyjechał quad, zatrzymał się tuż przy samochodzie, po czym wysiadły zeń dwie postacie. Jedna, jak się zaraz okazało Zira podeszła do Anity pytając niepewnym głosem:
- Jak wyście tu tędy dojechały?
- Ściśle według twoich wskazówek.
Kobieta pokręciła głową i wyjęła telefon.
- Pokaż mi na mapie, jak jechałyście.
- Ruda, pokaż jej.
Roxy zerknęła na wyświetlacz.
- Tu zjechałyśmy z hajłeja, a potem jakoś tak...
- Tu zjechałyście?
- No, tu. Coś nie tak?
- To nie był ten zjazd!
- Ale wskazówki jakoś z grubsza się zgadzały.
- Niepojęte. A tak w ogóle to przestrzeni dla waszych ja.
Anita uśmiechnęła się.
- Twoim kosztem. Ale czy musisz tak formalnie?
- Muszę. Młodsza patrzy.
Ale młodsza, czyli druga postać centralnie gdzieś miała te formalności, tylko podbiegła do Kaśki i rzuciła się jej na szyję.
- Pani trenerka! Pani Katarzyna! Mówiono mi o niespodziance, ale nie że aż takiej. Ale ja nie wiedziałam, że pani też jest siostrą.
- Bo nie czułaś jeszcze tego, nie umiałaś. Ale teraz to mnie może puść, bo mnie połamiesz. Nawet mój chłop mnie tak mocno nie ściska. A uwierz mi, że ścisnąć to on umie.
Gdy dziewczyna poluzowała uchwyt Kaśka odsunęła ją od siebie, obrzuciła wzrokiem całą postać, zerknęła na jej twarz ozdobioną niewielkim tatuażem i spojrzawszy w oczy oznajmiła:
- No, Dżesika. Skobieciałaś. Kawał zdrowej dupy z ciebie.
- Już nie Dżesika. Dżesika została tam gdzieś, w rynsztoku, czy też w ćpuńskim szambie. Teraz, po nowicjacie to ja jestem Gaja.
- Rozumiem. To w ramach rewanżu odpuść sobie tą panią.
- To jak ma być?
- Kaśka i tyle.
Obie odeszły na bok mocno roztrajkotane. Anita chwilę patrzyła za nimi, po czym patrząc na Roxy i Zirę oświadczyła:
- Znam Kaśkę jakieś prawie pięć lat dopiero, ale zdążyłam dobrze ją już poznać. Jednak tak wzruszonej to ja nie widziałam jej nigdy. Dobrze Zirka, co dalej? Co robimy teraz?
- Umiesz na quadzie?
- Ja umiem.
Wtrąciła Roxy.
- To my z Nitą zaparkujemy ten wasz czołg, a ty jedź za nami.
- A co z nimi?
- Może je zostawmy? Wygląda na to, że świetnie się bawią ze sobą. Tylko nie wiem, co na to wasze procedury.
- Tym się nie zajmuj. Gaja dostała wolne do waszego wyjazdu, taką jakby przepustkę mówiąc popularnie, może robić co chce, nic nie musi. Ma tylko zok.
- Gaja? Gajka, Gajeczka. Nawet fajnie brzmi. A czemu ma ten zok? Coś przeskrobała? Tak tylko pytam, z turystycznej ciekawości.
- Dostanie jeszcze jedno imię, ale dopiero jak już wejdzie do Sześciokręgu. Zok ma dlatego, że jest dla nas zbyt cenna, a za mało jeszcze umie. Ale to są już detale naszej wiary, nie musi was to ciekawić za bardzo.
Nita szybko przejęła piłkę:
- Po co tu przyjechałam, to akurat wiesz. Ale tak poza tym, to wszystko mnie ciekawi, co tu zobaczę. Na razie jednak, to mnie interesuje jakaś łazienka plus jakiś podkurek, bo ostatnio tak się jakoś porobiło, że jako kobieta przy nadziei więcej zaczęłam jadać.
Wieczór cała piątka spędziła w miejscowym ni to barze, ni to bufecie. Zakon Benges miewał czasami gości, zwykle byli to okoliczni sąsiedzi, z którymi prowadzono jakieś interesy, więc obcy nie byli tu żadnym ewenementem. Ale trzy wiedźmy w towarzystwie bez wątpienia ważnej tu osoby, jaką była Zira budziły pewne zainteresowanie, aczkolwiek, jak zauważyła Anita, bardzo dyskretnie okazywane. Zaś na pokój, który im wyznaczono na kwaterę nie miały one najmniejszego powodu narzekać. Tylko zanim już tam dotarły, Gaja spytała Kaśki:
- Chcesz obejrzeć nasz poranny trening?
- Obejrzeć? Ja chcę sobie z wami poćwiczyć.
Gdy rano Anita i Roxy się obudziły ujrzały Kaśkę owiniętą ręcznikiem wychodzącą z łazienki.
- Hey cipki, widziała tu któraś jakąś suszarkę do włosów?
- To nie idziesz na ten swój trening?
- Już wróciłam.
- To o której ty wstałaś?
- Tak, jak tu się wstaje. Jeszcze przed kurami.
Roxy pokręciła głową.
- Ja rozumiem, że kto rano wstaje i tak dalej, sama to popieram, ale kto aż tak rano wstaje, ten jest po prostu psychopatą.
Anita mruknęła pojednawczo:
- Daj jej spokój. Nasza Kasia nigdy, przenigdy nie mówiła, że nie jest pierdolnięta.
Ale Kaśka sięgając po majtki przerwała ten dialog:
- Dziewczyny, wy naprawdę nie wiecie, gdzie jesteście. Tu jest naprawdę klasztor, a klasztory mają to do siebie, że ma być psychopatycznie. Żebyście widziały, jak te laski tu zapierdalają. Kompanię komandosek mogą sformować. Dawno już tak porządnie nie dostałam w pizdę. A to była grupa początkująca. Tak Gajka mówiła. Ale tego mi było trzeba, takiego właśnie napędu. Jak mi przejdą zakwasy, których się zaniedługo spodziewam.
- Biedny ten Adaśko będzie, jak wrócisz do domu. Wieczorem go zamarudzisz na śmierć, a rano zaruchasz. Też na śmierć.
Wtrąciła Roxy, zaś Anita dodała:
- Ty czekaj. Skoro one tak ostro ćwiczą, jak w tym klasztorze szijałocośtam, to ty sobie Ruda pomyśl, jak one muszą czarować. Wiotkie piczki jesteśmy przy nich.
Ale Ruda zaoponowała:
- Bez przesady. Krzepkie ciało nie musi iść w parze z krzepą umysłu. Tak, Kasieńko? Dobrze snuję swą światłą myśl?
Maczeta nagle przerwała proces ubierania się.
- Może. Choć do niektórych zaklęć też trzeba mieć porządną formę. Ale dlaczego teraz tak się dziwnie na mnie patrzysz?
- Nie dziwnie, tylko z podziwem. Pierwsza!
Mówiąc to Anita wyskoczyła z łóżka i potuptała do łazienki. Za to kompletnie już ubrana Kaśka oświadczyła Roxy, że:
- Spotkałam Zirę, powiedziała, że zjawi się tu u was za jakąś godzinę, tak mniej więcej. Chyba się już wyklujecie do tego czasu? Bo ja teraz idę się gościć.
- Gdzie się idziesz gościć?
- Senseika mnie zaprosiła na śniadanie.
- Sensykto?
- Sabumka inaczej.
- Możesz po ludzku?
- No, główna szefowa od naparzania się i całego wuefu tutaj.
- Rozumiem. To sobie pogadacie. Jak fachurzyca z fachurzycą.
Tak też się wszystko stało. Kaśka spędziła nieco czasu na proszonym śniadaniu, zaś potem Gaja zabrała ją na zwiedzanie wioski. Znaczy tych miejsc, gdzie wolno było zajrzeć gościom. Za to Anita i Roxy zostały zaprowadzone do centrum medycznego, gdzie Nita mogła zajrzeć wszędzie, gdzie chciała i pogadać z kim tylko będzie chciała.
Jako, że potem nie zadziało się nic godnego zbyt wytężonej uwagi, to przeskoczmy do auta, którym cała czwórka wracała już do miasta. Czwórka, bo jak pamiętamy Anita zaprosiła Zirę do siebie, aby ta mogła wziąć udział w kwartalnym sabacie, przy okazji też odświeżyć dawne kontakty z Ciocią Lalą, która kiedyś tam gościła w wiosce Benges. Jechały już jednak prawidłowym szlakiem, począwszy od pięknej, szerokiej, szutrowej drogi.
Tu przy okazji nadmieńmy, że zakon czarownic Benges był kiedyś skrajnie hermetyczny, właściwie zapomniany nawet wśród innych wiedźm. Ale potem uznano tam, że nie ma to za bardzo sensu, że nie służy to dobru zakonu, więc owa hermetyczność stała się jakby bardziej elastyczna. Stąd też się wzięły takie mniszki, jak Zira, bardzo wysoko zresztą stojąca w hierarchii, która to więcej bywa na wyjazdach, niż siedzi na dupie w swojej własnej wiosce. Teraz zaś słuchała, jak cała trójka wymienia się wrażeniami z wycieczki, wreszcie Anita oznajmiła:
- Wszystko fajnie, ale jednego mi jakby brakuje. Nie poznałyśmy głównych szefowych tego całego zamieszania. Czemu tak się stało? Zirka, opowiesz nam coś?
- Nie do końca. Z jedną Matką Przełożoną jadłyście nawet wczoraj kolację przy jednym stole. Nawet podała którejś z was sól, czy jakąś inną musztardę.
- Nie wygłupiaj się. Tam siedziało kilka sióstr, ale która to była? Żadna jakoś mi nie wyglądała na jakąś wyższą szyszkę.
- A jak według ciebie Niteczko powinna wyglądać Matka Przełożona? Ubieramy się wszystkie tak samo, nawet bieliznę nosimy identyczną. Może poznasz taką po wieku? Chyba nie chcesz mnie totalnie rozśmieszyć. Wiesz, że powyżej trzydziestki można zapomnieć o takich sprawach. Sama niedawno skończyłaś, potem przestaniesz już liczyć. Ile wasza Ciocia Lala ma lat? Tysiąc, jak się orientuję, więc ty za rok też będziesz tyle miała.
- Mam!
Wrzasnęła nagle Roxy.
- Co masz?
- Dziary. Tatuaże, znaczy się. To chyba oznaka rangi, jakiegoś stopnia w waszej hierarchii. Tobie akurat przybyło, od czasu jak cię spotkałam rok temu. Więc pewnie jakoś tam awansowałaś. Więc tak sobie pomyślałam, że twarz Matki Przełożonej powinna być jak komiks gęstym drukiem. Tak swoją drogą, to jak wy to robicie, że wcale was to nie szpeci?
- Kwestia gustu. No, ale też kwestia wyczucia estetycznego, gdy się taki tatuaż wzbogaca. Ale faktycznie, Matki Przełożone, jest ich trójka, mają ich najwięcej. Tylko zapomniałaś o jednej rzeczy.
- Metamorfo?
To rzuciła jakby od niechcenia Kaśka.
- Brawo Piękna! Jakież to proste. Matka Przełożona użyła takiego zaklęcia metamorfo, przez które się nie przebije wzrok nawet takich masterek, jak wy. Przysiadła się do was, bo chciała was sobie obejrzeć. Potem poszła do siebie. Podczas weekendów Matki Przełożone są nieosiągalne. Do ich lokum też nikt wtedy nie ma dostępu. To jest nie do przeskoczenia, na pewno nie przez nas. Tak więc nie bierzcie tego osobiście, po prostu miałyście pecha, było przyjechać innego dnia.
- To mnie się pewnie jeszcze trafi.
Odparła Kaśka i dokończyła:
- Bo ja tam jeszcze wrócę.
- Tak, doładowywać akumulatory co jakiś czas. Znam treść tej umowy. Ja tam jestem za, ale chyba najbardziej za będzie Gaja. Nawet nie wiesz, jak ona jest ci wdzięczna za wyrwanie z czarnej, śmierdzącej dupy.
- Kasia już taka jest. Co jakiś czas upatruje sobie taką bidę, po czym steruje ją na czyste wody.
To rzuciła Anita, zaś Roxy zapytała:
- Mam jeszcze taki drobiazg. Wieś jest po prostu normalna, jak zdążyłam zauważyć. Może tylko taka różnica, że więcej jest aktywnych sióstr, nawet mocno więcej. Jak któraś się urodzi, to zawsze od razu wykryjecie, że ma moc. Ale co z chłopakami? Magów u was nie ma. A przecież to jest nieprzewidywalne. Co się dzieje, jak taki się pojawi?
- Nie wiem, czy chcesz to wiedzieć.
- Ujujuj, fatalnie to zabrzmiało.
- Dlatego właśnie muszę wam to powiedzieć.
- A ja nie wiem, czy chcę tego słuchać.
Wtrąciła nagle Anita.
- Więc tym bardziej muszę. Tak naprawdę, to nic tragicznego się wtedy nie dzieje. Po prostu wygaszamy dziecku tą moc.
- Przecież to niemożliwe.
- W tak wczesnym wieku jest to możliwe. Ale trzeba przyznać, że pracochłonne, robota dla kilku sióstr na kilka małych sabatów. Kiedyś, dawno temu robiło się inaczej. Po prostu udawało się, że nic się nie dzieje, chłopak zostawał kryptem. Ale prędzej czy później zawsze jakaś zupa się wylewała, po czym robiła się chryja na pół zakonu.
- Kojarzy mi się z kastracją, nie wiedzieć czemu.
- Anitko, czy twój Borek ma moc?
- Ma pewną mutację, ale to już jest zupełnie osobna sprawa. Magicznej mocy to on na pewno nie ma. Nie jest magiem, ani nawet kryptem.
- To źle ci się kojarzy. Bo przecież nie uważasz go za eunucha, nie traktujesz go jako takiego, nieprawdaż? Jest pełnowartościowym facetem, tak?
W tym to momencie Roxy parsknęła głośnym śmiechem. Zdjęła dłoń z kierownicy i czule poklepała siedzącą obok Anitę po brzuchu. Dodała też przy tym:
- Borek jest bardzo pełnowartościowy, wszystko na to wskazuje.
Wspólny, chóralny rechot rozbrzmiał tak głośno, że być może nawet kierowca wyprzedzanego auta mógł go usłyszeć. Zdawać by się mogło, że niezbyt ciekawy temat znikł, ale nagle odezwała się Kaśka, jakby jej było mało:
- A co, jeśli matka się nie zgodzi?
- Nic na siłę. Dostaje taka nieco czasu do namysłu, a gdy nie zmieni zdania musi opuścić zakon. Tylko żeby nie było. Nie zostawiamy takiej samej, może liczyć na mocną pomoc zakonu, poza tym to dziecko ma przecież jakiegoś ojca, albo ktoś się może poczuwać. Przecież ona wciąż jest siostrą, tyle tylko, że już nie jest siostrą Benges.
- A tatuaż?
- Kasiu. Daj spokój. To ogarniamy bezboleśnie od ręki.
Zira przerwała, ale tylko na ułamek sekundy:
- Nitka, czas na twoją puentę. Podobało się?
- Podobało się. Tak Ruda? Podobało się?
- No.
- To co teraz? Jakieś refleksje?
- Zirka, ja mam jeszcze około pół roku czasu.
- Ale wiesz, miejsce trzeba zarezerwować...
- Czyś ty zgłupiała? Przecież ty i tak mi ogarniesz to miejsce na poczekaniu. Siostro. Tak? No, ale niech ci będzie. Niech będzie, że prawie się zdecydowałam. Rozwalę się w dumie zakonu Benges.
Czarownice powoli zajęły się lżejszymi tematami, a tymczasem na horyzoncie powoli zaczęły się pojawiać światła wielkiego miasta.
A teraz przeskoczmy do chwili z grubsza obecnej, konkretnie zaś do Oktagonu. Jest okres poświąteczny, klub nie działa już na ćwierć gwizdka, stopniowo zapełnia się ludźmi, zaś na dużej sali stoi Kaśka plus czwórka Neonówek.
- Hey harcerzyki, cieszę się, że was widzę.
Pozytywny pomruk.
- Mam dwa pytania na wstępie. Ile wam w dupach przybyło?
Śmiech.
- Spokojnie, zajmiemy się tym skrupulatnie. Drugie pytanie, gdzie jest ta piąta, no, jak jej tam było. Sabena. Dalej chora?
- Nie ma Sabeny. Już zdrowa, ale już jej nie będzie.
- Czyli?
- Wyjechała.
- Daleko?
- Dość daleko. Ojciec jej ogarnął jakąś robotę. Podobno nawet dość ambitną, nie żadne tam zwywanie garów. Nic więcej nie wiem na ten temat.
- To nam wystarczy. Rozgrzejcie się szybko same, potem idziemy na wory, ja pójdę spojrzeć, żeby nikt nam nagle czegoś nie zajął.
Trening Kaśka zaaplikowała swoim zawodniczkom nader okrutny. Znajomy bokser, który jakby od niechcenia obijał worek w kącie sali aż przerwał swoje zajęcie aby się dokładniej przyjrzec sytuacji. Wreszcie podszedł do Maczety i oznajmił:
- Ale rzeźnia. Widzę, że Piękna jest dziś w ostrym sztosie.
Piękna machnęła tylko ręką, tak jakby odganiała muchę.
- Pracuję. Nie rozpraszaj mnie. Idź rób swoje.
Wreszcie spojrzała na telefon.
- Dobrze. Wystarczy na dziś. Jeszcze nieco burpeesów na koniec, aż powiem już. Żebyście sobie nie myślały, że ćwiczycie taichi.
Gdy minęło kilka minut rzuciła:
- Już. Wynocha i widzimy się pojutrze o tej samej porze.
- Tu, czy na sali?
- Na sali. Zosiu poczekaj chwilę.
Kaśka objęła Yakuzę ramieniem i odeszły razem na bok sali.
- Chcesz powalczyć za jakieś trzy tygodnie?
- Co to ma być?
- Są dwie opcje. Zwykły boks, albo tajski. Muszę wiedzieć do jutra, co wybierasz. Raz, że taki mam termin zgłoszenia cię, a dwa, to muszę wiedzieć, jak cię ustawiać.
- Ile można trafić?
- Na razie się jeszcze negocjuje. Nie będą to jednak powalające sumy, w obu wariantach. Ale od czegoś przecież musisz znowu zacząć. Prześpij się dobrze z tym tematem i jutro zadzwoń do mnie tak około dwunastej.
- Dobrze.
- Aha. Uważaj w interesach na tej dzielnicy. Coś się kroi, najlepiej ten rejon sobie odpuść na pewien czas. Bo jak się pośliźniesz, to ja cię nie zdążę tak szybko wydłubać z gówna.
- Dzięki.
Obie wyszły z sali. Yakuza poszła prosto do szatni, zaś Kaśka maszerowała do puszystej pani siedzącej na krześle na korytarzu obdarzając ją uroczym uśmiechem.
- Dzień dobry pani Malwino. Jak upłynęły święta?
- A dziękuję pani Kasiu, pomaleńku.
- Dużo było jedzone?
- Według rozpiski pani dietetyk.
- Bo wie pani, to ona rządzi. Ja tylko pomagam, sama cudu nie zrobię w pani sprawie.
- Wiem, wiem, pani Kasiu. Wszystko było jak należy.
- No, to chodźmy. Popracujemy sobie trochę, pogadamy.
Obie panie ruszyły korytarzem do wyznaczonej sali.