Stali bywalcy :)

środa, 14 stycznia 2026

5/2026

Założyłam sobie, że do lutowego wyjazdu opracuję sobie fotoksiążkę z zeszłorocznego wyjazdu do Ameryki, zrobię porządek ze zdjęciami w telefonie, bo chcę zrobić miejsce na nowe, w laptopie, bo tylko je poprzerzucałam ze swojego starego lapka... Zabierałam się do tego od dawna i cały czas podchodzę do tego jak pies do jeża, jakbym chciała a nie mogła. Zamiast podejść do sprawy zadaniowo czyli fotoksiążka i gites, to zaczęłam od przeglądania rzeczy i zdjęć w laptopie i... to nie jest, nie był dobry pomysł. Moje świadome zanurzanie się i brodzenie w tamtym życiu ze świadomością, że było minęło i nie wróci, pachnie masochizmem na dużą skalę. 

Do amerykańskich zdjęć wracam z przyjemnością i chyba muszę podejść do tego zadaniowo bez nurkowania do starych zdjęć w laptopie.

Image

 

wtorek, 13 stycznia 2026

4 / 2026

Film pt. D a l e j - j a z d a!2. Byłam w kinie. Wzruszył mnie ten film. W finałowej scenie do łez. Naprawdę. Dlatego polecam. Szczerze. Jedynkę też 😀


poniedziałek, 12 stycznia 2026

3 / 2026

No i po weekendzie. W czwartek spotkanie grupy, fajnie było zobaczyć ich po długim czasie. Przy okazji do kalendarza wpadło spotkanie w sobotę i potem impreza z okazji Dnia Kobiet. Fajnie wiedzieć że coś się będzie działo. Piątkowe babskie spotkanie u mnie zaliczone. Spełniłam się kulinarnie, na słodko i slono. Oczywiście zrobiłam za dużo więc dojadam do dzisiaj. Sobotnie spotkanie towarzyskie z planszówkami w tle też było fajne. Niedziela przesiedziana w szlafroku, snułam się po domu i w końcu po południu poszłam odśnieżyć auto i trochę nim pojezdzic. Zahaczyłam też o cmentarz A wieczorem przyszli Młodzi, na krótko, ale fajnie.

Młodzi zapoznali się dzisiaj z dokumentacją pierwszego ich kandydata tj. dziecka do adopcji. A ja... boję się za nich i stresuję się jak to będzie. Ja wiem że są dorośli, że to ich decyzja. Jednakże obawy mam takie ogólne, podstawowe czyli czy podołają... Pełna jestem wątpliwości, ale i takiego wewnętrznego nerwa. Czy JA jestem gotowa na to dziecko...

Szczepienie kota zaliczone, mogę odhaczyc w liście rzeczy do zrobienia. Receptę na szczepionkę dla siebie już mam. Walizka od niedzieli już wyciągnięta żeby na bieżąco wrzucać co mi się tam przypomni. 

Popisałabym może dluzej, ale oczy mi sie zamykają. Spokojnej nocy.


wtorek, 6 stycznia 2026

2 / 2026

I nadejszła ta wiekopomna chwila. Odpaliłam laptopa, sto tysięcy aktualizacji niekoniecznie udanych, włącznie z datą, logowania, cuda-wianki, oswajanie Bloggera w kompie i w końcu metodą prób i błędów sprawiłam (chyba), że mogę wrzucać komentarze. 
Uczę się tego laptopa, bo to maszyna SzM jest. Dzieci mi doradziły żeby go zostawić, bo jest lepszy, wypaśniejszy. Zaglądam do niego sporadycznie, ostatnio w październiku, tak mi pokazał system, bo trochę się go boję. Wielu rzeczy się jeszcze boję i powoli je oswajam, albo jeszcze udaję, że ich nie ma. Na bieżąco to, co trzeba załatwiam z poziomu telefonu, a jak tylko pomyślę, że przyjdzie kiedyś czas na jego wymianę to aż mnie skręca w środku z nerwów. Powinnam zrzucić wszystkie zdjęcia z telefonu i zrobić z nimi porządek, w końcu opracować fotoksiążkę z wyjazdu do Ameryki, ale tak bardzo to odkładam, tak bardzo się boję, że coś spierniczę, że odkładam to w nieskończoność.  
Już chyba nadchodzi koniec tych poszatkowanych świętami dni roboczych. Gubię się w tym czy jutro mam wolne czy jednak "do pracy rodacy". A zakładałam, że ten długi wolny czas właśnie na to wykorzystam. Ale nie pielęgnujmy porażek, co mi tam komunikat "nie udało się zaktualizować", ważne że krok do przodu z Bloggerem zrobiłam. Tylko nie wiem na ile zapału mi starczy by pisać.

piątek, 2 stycznia 2026

1 / 2026

Zorientowałam się właśnie, że blogowo cały 2025 rok zamknęłam w osiemnastu wpisach. Gdzie te czasy gdy w jakimś rocznym rankingu byłam numerem jeden w ilości notek... To chyba za czasów Bloxa było. 

I tak z kronikarskiego obowiązku...

Święta - w skrócie. Do Wigilii siadalyśmy we dwie z Małą/Młodą. Bo jak odpowiedział mi Młody na zaproszenie: w tym roku kolej na Wigilię u rodziców JuzNiePanny. Znaczy tych pasożytów, których długi Młodzi spłacali. Nie ukrywam, że najpierw się we mnie zagotowało, potem zrobiło mi się przykro, a potem pogodziłam się z losem, bo co innego mi zostało. Brat z kolei podziękował za zaproszenie i zapytał czy mogą zajrzeć ale po swojej wigilii. Rozumiem, szanuję, nie mówiłam tez że zostajemy na Wigilię we dwie. Nie zdecydowałam się zabierać Matencji na Wigilię, na Święta, do siebie z różnych względów. Tak ustaliliśmy z bratem. Nie chce mi się wchodzić w szczegóły, ale to była bardzo dobra decyzja. Byłam u niej tuż przed Wigilią, wieczorem po Wigilii i w drugi dzień Świąt. Te wizyty były chyba bardziej dla mnie niż dla niej... A nasza Wigilia, cóż... Szału nie było. Łez nie było. Wzruszenia nie było. Wielu rzeczy nie było. Wieczorem zajrzał brat z rodziną, późnym wieczorem Młodzi. Mała nocowała u mnie, bo w Boże Narodzenie byliśmy zaproszeni na obiad do Siostry SzM. Tej fajnej. Młodzi podpięli się pod transport i pojechaliśmy jednym autem. Podczas imprezy moje młode pokolenie zaliczyło ostrą dyskusję z drugą siostrunią SzM, której nikt nie lubi i każdy omija wielkim łukiem. Temat dyskusji nieistotny, ale wspomnę tylko że w owej dyskusji ostatni argument z jej strony to "mam spojrzenie na sprawę poprzez mój wiek i doświadczenie" i... ręce wszystkim opadły. Nie wytrzymałam gdy zaczęło się robić gorąco i po prostu uciekłam do toalety. Nie lubię konfliktów, a było blisko. Ciocia, która ma ZAWSZE rację i młode pokolenie, to mieszanka wybuchowa. Spasowali widząc brak argumentów z jej strony, ostentacyjnie niejako odpuszczając :) Wieczorem Mała społecznie, towarzysko i rodzinnie przebodźcowana pojechała wcześniej więc nie musiałam jej odwozić do MiastaWojewódzkiego. A spontanicznie podczas drogi powrotnej na drugi dzień świąt zaprosiłam Młodych na obiad pt. zjadamy co zostało z Wigilii, bo zostało sporo ponieważ nie umiem robić wigilijnej kolacji dla dwóch osób. A potem, po tym obiedzie, pojechałam do brata na kawę i ciasto, bo mnie zaprosili. Było miło. I tak minęły mi Święta, których nie lubię, zwłaszcza teraz, coraz bardziej chyba... Próbowałyśmy nawet z Małą znaleźć jakąś ofertę na wyjazd świąteczny, ale zbyt późno już było na rezerwację. Na przyszły rok zrobię to chyba wcześniej nie zważając na to że być może w kalendarzu Młodych będzie kolej na Wigilię u mnie. Z jednej strony boli, z drugiej niby szanuję decyzję bo to jednak rodzice JuzNiePanny, z trzeciej jednak nie rozumiem...

W sobotę po Świętach byłam na wypadzie w górach. To był miód na moje serce, nie sama wycieczka tylko fakt że ktoś o mnie pamiętał, pomyślał że może będę chciała z nimi. Trudne dla mnie było to, że to okolice, które odkrywalismy z SzM. Oswajam po kolei kolejne miejsca, gdzie wcześniej jeździłam z SzM. Taka karma, chciałoby się rzec. A poświąteczny reset w oprószonych śniegiem Górach Opawskich był fajny no i 13 km pykło w nogach. Niedziela była już tylko dla mnie. Zwloklam tyłek z kanapy i z rozpędu przemaszerowałam po okolicy ponad 8 km. Muszę po prostu zacząć więcej chodzić, celowo, rekreacyjnie, byle nabijać km i budować kondycję bo zniknęła, a będzie potrzebna, bo w lutym czeka mnie chyba sporo chodzenia.

Sylwester spędziłam u siostry SzM. Tej fajnej. Nie miałam ochoty na żadne bale, imprezy, wyjazdy, a domowa posiadówka w znanym mi gronie była całkiem ok. Nielubianej siostruni SzM nie bylo. W Nowy Rok najpierw śniadanie, potem wspólny grupowy spacer po lesie, kawa i ciasto, potem szybki obiad i można wracac. Jeszcze po drodze zahaczyłam o cmentarz i już o 18 byłam w domu. Nie robiłam noworocznych postanowień, z życzeń które płynęły w moją stronę wybierałam "zdrowia i spokoju", ale czas już zabrać się za odrabianie zaległości, bo czuję wewnętrznie, że raisefuber mi się powolutku włącza, a jeszcze mam sporo rzeczy do ogarnięcia z mojej listy rzeczy do zrobienia. Pół roku minęło od mojej podróży do Ameryki a zdjęcia wciąż czekają na uporządkowanie i foto książka nawet nie ruszona. Za chwilkę będę mieć kolejne dziesiątki, setki nowych zdjęć do uporządkowania i zginę w tym, pogubię się. Chcę poukładać tamte wspomnienia nim przyjdą nowe. Z przyjemnością wrócę do tych zdjęć, bo to był fajny wyjazd. Chętnie poleciałabym jeszcze raz. A tymczasem czeka mnie postawienie stopy w drugiej Ameryce, tej poludniowej, bo czeka mnie R_i_o :) Teraz to już dni polecą mi biegusiem, bo tylko styczeń mam na "pozamykanie" pracowych rzeczy, które zwykle "zamykam" do końca lutego, a czasem nawet do końca marca. Lutowy urlop jest już na wyciągnięcie ręki, a ja bardzo chcę nie musieć już niczego "zamykać" po powrocie z urlopu. Chcę się po prostu cieszyć wyjazdem.

Kronikarsko uzupełnione, a emocjonalnie... Cóż nawet nie wiem jak to określić. Chyba już nauczyłam się tego życia solo. Choć w dalszym ciągu w głębi duszy zdarza mi się dziwić że np. mogę nagle to coś czy też gdzieś po coś, bo przecież i tak nie mam komu powiedzieć gdzie idę, co robię, będę później, albo nie będę. Nikogo to nie obchodzi. Zaraz potem włącza mi się wewnętrzny panik, bo jak już coś się mi stanie to po jakim czasie się ktoś zorientuje, bo przecież nikt nie dzwoni, nie bywa u mnie codziennie i nikomu nie spowiadam się dokładnie z tego co i kiedy będę robić. Teraz przyzwyczajam się wciąż do tego, że odpadła mi stała opieka nad Matencją, uczę się powoli tego, że nie muszę, że mogę wszystko. Ależ to brzmi :)

Często słyszę pytania, nawet tu w komentarzu padło, czy jestem gotowa, czy myślę o nowym rozdziale, o nowym związku. Cóż. Niechciany nowy rozdział mi się zaczął wraz ze śmiercią SzM. Teraz już jestem ogarnięta, samodzielna, osadzona w realiach, opanowana. A nowy związek...? Nie zarzekam się, bo tego nie lubię, ale myślę że ja już jestem na to za stara, już nie chce mi się trzepotać rzęsami i starać ;) Nie mam takich potrzeb. Towarzysko jestem ogarnięta dosyć szeroko, mam kogo zapytać czy nie chce ze mną do kina, teatru, w góry... Korzystam z tego mocno. Od początku bardzo się starałam by nie wypaść z obiegu kontaktów towarzyskich i jest chyba ok. A do takiego silnego poczucia bliskości, czy też nowego jakiegoś związku chyba nie jestem gotowa i nie wiem czy kiedykolwiek będę. Próbowałam o tym myśleć, ale po prostu nie umiem sobie wyobrazić innej relacji niż towarzyska, czy tez stricte przyjacielska. Odpowiadam więc z uśmiechem zainteresowanym koleżankom że poprzeczkę mam ustawioną wysoko, ale chyba zmienię odpowiedź na nowy slogan, który chyba brzmi przyjaźniej nieco: lepiej nie oczekiwać i nie szukać żeby uniknąć rozczarowania, bo kto by mnie teraz chciał. I może to jest ta najszczersza prawda. Chyba jestem już po prostu typem solo. Życie solo też jest fajne, zwłaszcza jak jest co wspominać ;)



niedziela, 7 grudnia 2025

18 / 2025

Od śmierci SzM mija prawie 2 lata i trzy miesiace. W międzyczasie zmarł, Tatencjusz i mama SzM czyli moja Tesciowa, a moja Matencja zamieszkała w instytucji opiekuńczej. Tyle w skrocie. Nie potrafię określić czy to dużo czy mało. Wydaje mi się że bardzo mało, krótko, ale tyle mnie to kosztowało i tyle się działo, że mam wrażenie że bardzo dużo... Niby wszystko się poukladalo. Niby ogarnęłam jakoś to moje życie w pojedynkę.... korzystam z różnych form warsztatów, chodzę do kina, na różne imprezy i wydarzenia, ale w domu nie mam sił i motywacji do dzialania. Ja, maniak sprzątania, ostatni raz używałam odkurzacza 11 listopada, bo miała przyjechać Mała. Pokazuje pogodną twarz, przyjaciołom mówię tylko część tego co we mnie siedzi, a rodzinie wcale, by jej nie martwic. Rodzinie czyli Małej, bo nikt inny nie pyta. To nie moje słowa, gdzieś to przeczytałam, ale to o mnie.

Matencja zaopiekowana w instytucji. To była dobra decyzja. Gdyby nie nagle pogorszenie stanu zdrowia (posocznica) i ten szpital to pewnie nie zdecydowalibyśmy się na taką formę opieki. Pewnie jeszcze byśmy to odwlekali, choć z perspektywy czasu wiem że mogła trafić do instytucji wczesniej. Jest pod dobrą opieką, jest między ludźmi, korzysta z różnych form terapii i, co najważniejsze, mówi że jest zadowolona. Sama po niej widzę zmianę na lepsze. Zostały nam do ogarnięcia sprawy mieszkania, uporządkować, opróżnić, wynająć, sprzedac... Stopniowo ogarniam, segreguje co jeszcze się przyda jej, co może komuś z nas, co podarować, przekazać, może sprzedać, a co wyrzucić. Do dziś znajduję w jej mieszkaniu pochowane w strzępki chusteczek tabletki, których nie wzięła, a powinna byla. Zawieszam się gdy tam wchodzę, nie jest latwo. Czasem mam wrażenie jakbym ją już chowała za zycia. Oglądam zdjęcia, wracam do dobrych czasów. Moich, a nie ich, bo oni, Matencja i Tatencjusz, byli ze sobą, wiecznie skonfliktowani, ale niejako uzależnieni od siebie. Przerobiłam to na terapii i w sobie. On nie był ok, a ona taka miła. Cała rodzina wiedziała że Matencja nie była łatwą partnerką, ale nikt nie śmiał jej tego powiedzieć. Nawet nie mogłam jej po śmierci Tatencjusz wyrzucić, że kiedyś jej mówiłam że pomstuje na niego ale jak go braknie to wtedy oczy otworzy. Zamykam ten rozdział. Teraz uczę się życia bez przymusu noszenia ze sobą telefonu, bo jakby zadzwoniła... Bez lęku jak ona sobie radzi sama w domu. Bez obowiązku dostaw jej zakupów, gotowania obiadów, itd. Niejednokrotnie muszę sama do siebie w myślach powiedzieć, że jest całkiem ok, że się poukladalo.

Lubię tam w ich mieszkaniu stanąć przed kolażem zdjęć, który zrobiłam im z okazji 50 rocznicy ślubu, a tam wśród wielu różnych SzM i ja z dziećmi na naszych pierwszych wakacjach w Chorwacji, bardzo lubię to zdjęcie. Rozczula mnie do łez. Lubię tam siąść na balkonie z papierosem i wspominać, myśleć. 

Moje dzieci żyją własnym życiem. O ile Mała jest ze mną w stałym, ciepłym kontakcie to Młodzi prawie nic. A już oni między sobą jako rodzeństwo kompletnie nic. To moja osobista porażka jako rodzica. Nie zadbałam o to by między sobą mieli więź. 7 lat różnicy. Jak byli mali to chyba za bardzo dbałam by Młody nie był obarczany opieką nad młodszą siostrą, bo to przecież była nasza a nie jego córka. Coz robić, teraz nie ingeruję w ich relacje. Są dorośli. Nie narzucam się sobą, choć bardzo brakuje mi takich serdecznych spontanicznych kontaktów pt. mamo zajrzyj na kawę, ale nic na siłę. Może gdy pojawi się u nich dziecko coś się zmieni. Przeszli mnóstwo badań, prób, formalności itd. od inseminacji po kwalifikacje do adopcji. A co będzie czas pokaże. Mała w dalszym ciągu singluje, było kilka prób zmiany statusu, ale bez efektu :) Zmienia wkrótce pracę, bo jak powiedziała czuła że się nie rozwija, a poza tym będzie więcej zarabiac. Młode pokolenie zdecydowanie inaczej patrzy na świat. Już teraz za nią się lękam czy w nowej korpo będzie jej tak dobrze jak w dotychczasowej. 

Rodzeństwo moje, tak jak przypuszczałam, mniej tematu Matencji to mniej kontaktu. Więzi towarzyskich kompletnie brak. Szczerze mówiąc nie mam siły inicjować, starać się, jakoś nie mam chęci bo nie czuję serdecznosci. 

Rodzeństwo SzM - jedna siostrunia już dawno nam zniknęła z horyzontu i to jest bez zmian, a druga bardzo serdeczna i ok. Bardzo to doceniam. Chce mi się tam jechać.

Ja... Przeczytałam gdzieś w necie taki opis zjawiska, zachowania, odczuć, reakcji  i pomyślałam że to ja, że to o mnie. Troszkę uzupełniam, ale to też nie moje słowa, jednak doskonale oddają to jak się czuję, jak żyję. Na zewnątrz dobre opakowanie, z raczej dobrym marketingiem, a w środku... ciemno, marazm, zastój, stagnacja, letarg. Niby jestem, a jakby mnie nie ma. Żyję, funkcjonuję, ale radości i motywacji do działania mam jak na lekarstwo. Robie tylko to, co musze, a w domu nawet mniej, bo na to brak mi sił i ochoty. Niewiele czuję, trochę jakbym była zrobiona z papieru, albo z drewna, emocjonalnie i fizycznie odłączona od świata. Zamrozona. 

Podobno idą Święta... Nie chcę o tym myśleć. 

poniedziałek, 10 listopada 2025

17 / 2025

Dawno nie pisałam. Czas nadrobić zaległości. Takie stricte kronikarskie zaległości mam ogromne, ale czy uzupełnianie tego jest tak bardzo istotne? Czy to ważne że byłam tam czy tam, jak spędziłam czas i gdzie pojechałam... Staram się dbać o to by mieć powód do wyjścia z domu, by mieć z kim wyjść i spędzić czas. Na szczęście grono znajomych koleżanek mam duże. To efekt uboczny mojego dawnego biegania. Dawnego, bo od kilku już lat nie biegam, ale znajomości i przyjaźnie trwają. Nie wszyscy jeszcze biegają, ale trzymamy kontakt i tym wciąż biegającym bardzo kibicujemy. Chodzę też na różnego rodzaju warsztaty, spotkania, zajęcia twórcze. To dobra forma spędzenia czasu wolnego. Teraz będę mieć go zdecydowanie więcej tylko muszę się do tego przyzwyczaić.

Matencja jakiś czas temu z dnia na dzień osłabła, zaległa w łóżku, stała się pacjentką leżącą, więc szybka akcja pt. lekarz w domu i skierowanie do szpitala. Tam stopniowo przywracali ją do dawnego stanu. Te dni, gdy była pacjentką leżącą dla nas opiekujących się nią były wyzwaniem. Do tej pory opiekunka cztery razy w tygodniu, rehabilitacja dwa razy w tygodniu i my ogarniający na co dzień wystarczaliśmy. Dla chorej już leżącej Matencji to było zdecydowanie za mało. Na szczęście udało się nam wycofać złożoną prośbę o odłożenie w czasie jej przyjęcia do instytucji opiekuńczej. Nie była to dla nas prosta decyzja, ale przeanalizowaliśmy wszystkie możliwości i uznaliśmy że to będzie dla niej najkorzystniejsza forma opieki. Obawialiśmy się jej reakcji, chęci powrotu do domu, protestu itd. Tak się wszystko pięknie poukładało, że po leczeniu w szpitalu prosto ze szpitala pojechała właśnie tam, uprzedzona przez lekarza ze jest zbyt słaba by mieszkać sama. Fajnie się zaaklimatyzowała, sama zmieniła się na plus. Pamięć i stan psychiczny nie wrócił do dawnej formy, w dalszym ciągu mamy na pokładzie chorobę A-a, a więc sytuacje różne i problemy z pamięcią, a jednocześnie nigdy nie wiemy co zapamięta i kiedy nam o tym powie, kiedy to niejako wykorzysta, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Faktem jest że obecnie Matencja jest pacjentką chodzącą z balkonikiem/chodzikiem, ma towarzystwo (jest w pokoju dwuosobowym), korzysta z różnych form terapii, rehabilitacji, chodzi na posiłki do jadalni. Sama mi powiedziała że jest zadowolona i oby tu była jak najdłużej, bo jest między ludźmi. 

Kamień z serca.


środa, 17 września 2025

16 / 2025

 ... mam ochotę wykrzyczeć całemu światu, że tamtej nocy, dwa lata temu w Grecji (kiedy kompletnie nie umiałam zasnąć, a potem w nocy spać), byłam jeszcze kobietą nieświadomą tego, co mnie czeka, szczęściarą, która nie doceniała swojego życia. Owszem, mówiłam, że jest dobrze, nawet zbyt fajnie i bardzo się obawiałam tego, że coś pierdyknie, tylko nie wiedzialam z której strony ... Cóż życie jednak potrafi zaskakiwać.

Podsumowuję te dwa ostatnie lata, a właściwie to siebie na przestrzeni tych dwóch lat, mogę śmiało powiedzieć, że podziwiam samą siebie za to, że wykaraskałam się z tej rozpaczy. Że dałam i daję sobie radę. Że nie straciłam kontaktu ze światem, żyję, istnieję. Ale generalnie to żal mi siebie samej. Już nie ma we mnie obsesyjnego lęku, obawy i strachu przed życiem solo. Skończyła się gonitwa myśli i ten chaos z tyłu głowy. Lekow nie biorę już dawno, terapię skończyłam w lipcu. Potrafię powiedzieć że mój mąż umarł, ale słowo wdowa wciąż jest dla mnie okropne

 

niedziela, 14 września 2025

15 / 2025

Deszczowy smutny dzień. 

Muszę pojechać po południu do Matencji, bo trzeba ogarnąć leki. Rodzeństwo urlopuje w ciepłym miejscu. Tak jak przypuszczałam wymiękniemy przy podawaniu leków. Codziennie, to wiadomo, ale trzeba trzy razy - rano, południe, wieczór. Początkowo rozkładaliśmy cale pudełko z kasetami (jedna kaseta na 1 dzień, z podziałkami na pory dnia) na cały tydzień i Matencja codziennie brała sobie z pudelka kasetę na konkretny dzień i zgodnie z rozpisanym planem dnia (bo taki ma i ściśle przestrzega) brała jak trzeba. Musieliśmy wymienić jeden lek na zamiennik z innym kształtem tabletki, bo "one są na uspokojenie, a ja ich nie potrzebuje" i odkładała, chowala. Na szczęście zmiana kształtu zadzialala. Potem kiedy źle się poczuła i trzeba było wezwać pogotowie, a kaseta z danego i kolejnego(!) dnia były puste musieliśmy zmienić strategie. Pani sąsiadka od lipca codziennie rano wręcza Matencji kasetę na konkretny dzień. Niestety zdarzyło się kilka razy że nagle okazywało się że "nie ma leków na wieczór, a przecież ona ich nie brała". No więc znowu zmiana strategii, kasety u sąsiadki są bez leków wieczornych, a wieczorne "ukryte" są w mieszkaniu i codziennie wieczorem trzeba zadzwonić i naprowadzić Matencje by do nich dotarła. 

Wydaje mi się, że już uodporniłam się psychicznie, że jestem silna, świadoma, wiem jak reagować, postępować i rozmawiać. Doszkolilam się troche, to fakt, bo wydawało mi się że niby wiem, ale w praktyce okazywało się że wiem niewiele. Niepotrzebnie spalałam się na tłumaczeniach i przywracaniu Matencji na siłę do naszej rzeczywistości. Już wiem, że szkoda nerwów, że nie warto, że ważne jest by ona była spokojna, a reszta się nie liczy, bo to jej rzeczywistość i ona w nią wierzy. I tak wydaje się, że jestem przygotowana, ale z tyłu głowy niemiła jest myśl, świadomość, że jej tam w tym ciele już nie ma, albo jest coraz mniej, że nie wiadomo czy wcześniejsze jej postępowanie które tak mnie, nas, bolało to już była choroba i wielokrotnie usiłuję dociec kiedy się zaczęła... 

Szczerze to chyba znalazłam sobie temat zastępczy do pisania, bo tak naprawdę to w głowie mam co innego... W środę miną dwa lata jak już nie ma przy mnie SzM...

poniedziałek, 8 września 2025

14 / 2025

Od stu lat obiecuje sobie przysiąść i sprawdzić dlaczego mam problem z komentowaniem. Nawet u siebie samej nie mogę zostawić komentarza. Odwlekam to w nieskończoność. 
A tymczasem należałoby nadrobić zaległości notatkowe.
Mała
Kilka dni temu pojechałam do Małej na pogaduchy. Miało być lekko, miło i przyjemnie. Zmroziło mnie gdy usłyszałam, że ona często czuje się tak jakbyśmy wciąż jeszcze siedziały na lotnisku i czekały na samolot do Polski, wracając do domu po śmierci SzM. Tęskni bardzo. Słuchałam, tuliłam, bo co więcej mogę. Kompletnie nie wiem jak jej pomóc. Rośnie we mnie poczucie winy, bo ja się wtedy tak bardzo rozsypałam, że gdyby nie ona to pewnie do dziś wracałabym do tej Polski. A to ona wzięła na swoje barki cały ciężar sytuacji, organizacji, troski, to ona dbała o mnie, a nie ja o nią. Zatopilam się w swojej stracie męża i rozpaczy, a przecież ona straciła ojca. Źle mi z tym.
Młody 
Byłam u Młodych, na zaproszenie, ale źle się u nich czuję. Nie nachodzę ich, nie narzucam się, nieproszona nie pójdę, i tak po prawdzie to byłam u nich na tym mieszkaniu drugi raz (bo pilnowanie zwierzyńca podczas ich urlopu się nie liczy), a mieszkają tam chyba od marca. Miałam wrażenie, że to była wizyta wymuszona. Młody bardzo się starał, chciał nadrobić za dwoje, bo JNP była obecna, ale jak zwykle z bolącą/znudzoną/cierpiącą miną. Staram się patrzeć na nich obiektywnie, a potem wielu rzeczy, które mnie bolą nie zauważać. Nie chcę być jak ta teściowa z kawału, która na pytanie o małżeństwa swoich dzieci mówi, że jej córka świetnie trafiła, bo mąż jej bardzo pomaga i w wielu rzeczach wyręcza, a niestety syn trafił kiepsko, bo ma żonę bardzo leniwą i wszystko musi robić za nią. Utwierdzam się w przekonaniu, że to ich związek i jeśli jemu z tym dobrze to jego sprawa.
Ja
Trudno jest mi się zmobilizować do wielu rzeczy. Narzucam sobie sama zadania do wykonania, ale nie jest to proste i oczywiście robię tylko to, co niezbędne.
Codziennie rano gdy siedzę na balkonie z kubkiem kawy i papierosem sama siebie motywuję i uzbrajam się w pogodny nastrój i wewnętrzną siłę by przeżyć w miarę dobrze kolejny dzień. Mam wrażenie, że wyczerpały mi się bateryjki, nie mam siły i energii, ale życie toczy się dalej i trzeba brać co niesie a nie babrać się w niechceniu. Więc biorę, przygarniam, uczestniczę, planuję, zgłaszam się, umawiam, organizuję, działam, ale gdy przychodzę do domu to mój wewnętrzny akumulator siada. A ktoś, kto patrzy z zewnątrz nie przypuszcza nawet jak bardzo pusta jestem w środku.