ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 – 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )
Choć do świąt jeszcze 2 tygodnie ja już niejako zacząłem przygotowania do nich. Postanowiłem zatem pozbyć się z balkonu rowerów i odstawić je do wózkowni w piwnicy mieszkania mojej córki. W czwartek 4 grudnia wsiadłem na odziedziczonego po córce siedmiobiegowego Spricka (made in Poland) i odstawiłem go „na zimowisko”. Odziedziczony po żonie Romet Trecking (który w tym roku skończył 30 lat i ma chyba tyle samo tysięcy kilometrów przebiegu) wciąż stoi na balkonie. 5 lat temu w trakcie odstawiania (jechałem wtedy na dwóch rowerach naraz) uszkodziłem w nim przednie koło i rower leżał w wózkowni długi czas. W ubiegłym roku udało się go naprawić i znów zacząłem go eksploatować (niekoniecznie delikatnie). Kilka tygodni temu zerwałem w nim łańcuch. Cóż trzeba będzie go założyć i odstawić rower „na zimowisko” (możliwe, że także piechotą lub metrem, jeśli naprawa się nie uda).
W ubiegłym tygodniu żona zauważyła ogłoszenie, że przed ratuszem dzielnicy w zamian za elektrośmieci można dostać drzewko. W sobotę 6 grudnia pojechałem więc pod ratusz i odwiozłem tam 15 letni (prawie sprawny odkurzacz Zelmer), który od kilku miesięcy leżał na balkonie. Owszem drzewko dostałem, ale przypomina ono raczej mały jałowiec, bo o godz. 12. (akcja zaczęła się o godz. 10. ) większych nieco świerków już zupełnie nie było, ale cóż drzewko jest żywe, w doniczce i może za rok urośnie.
Na razie więc zadowolimy się znowu naszą kilkuletnią już sztuczną choinką:
Pod koniec listopada całkiem przypadkiem natrafiłem na OLX dość atrakcyjne ogłoszenie z modelikiem Poloneza Atu z gazetowej serii Legendy FSO. Jako, że cena była atrakcyjna modelik nabyłem. Stał kilka dni w kuchni na stole, a ja przyglądając się mu zupełnie nie miałem pomysłu jak go zaprezentować (bo muszę przyznać, że do gustu mi przypadł).
I w końcu (zamiast naprawić rower i odstawić go „na zimowisko”) nakręciłem filmik pokazujący nie tylko ostatni zakup, ale podsumowujący niejako wszystkie moje zakupy ze wspomnianej serii. Postanowiłem to zrobić teraz, aby nie zajmować się już blogiem przed świętami i w kolejnych dniach zająć się właściwymi przygotowaniami do świąt (sprzątaniem, zakupami itd.). Filmik udało się nakręcić dopiero za trzecim podejściem. (Na co strawiłem kilka wieczorów). Podczas pierwszej próby (przed zaprezentowaniem ostatnich dwóch modeli) w telefonie skończyła się pamięć. Nagrałem więc dogrywkę i z sieci ściągnąłem 2 programy do edycji filmów. Pierwszy (w wersji darmowej) pozwalał na łączenie filmików nie dłuższych niż 60 sekund. Drugi (również w wersji darmowej) połączył co prawda oba filmy, ale na dolnej części – w połowie ekranu umieścił znak wodny (pasek z nazwą aplikacji). Obydwa więc odinstalowałem, a potem oczyściłem pamięć w telefonie i zarchiwizowałem zdjęcia sprzed naszych wakacyjnych (opisywanych tu niedawno) wyjazdów. Z drugiego nakręconego filmiku nie do końca byłem zadowolony, bo nie wszystkie ujęcia modelików były ostre. Dopiero po wykonaniu kilku prób we wtorek 9 grudnia udało się nakręcić dłuższą co prawda, ale już zadowalającą ostateczną wersję:
Zapraszam do oglądania i komentowania tego i innych moich filmów (zwłaszcza na YouTube) i
pozdrawiam
.
.
PRZYPOMINAM!
Jak uważniejsi obserwatorzy i czytelnicy tego bloga zauważyli, jakiś czas temu, zmieniłem nieco sposób numerowania wpisów tego bloga. Otóż 3 lata temu, w przeglądarce włączyłem niechcący tryb głosowy. Zorientowałem się, że mojego bloga wcale nie trzeba czytać, a można go po prostu „posłuchać” włączając „tryb głosowy”. Działa on w przeglądarce Microsoft Edge:
Wpisy, których numer jest oddzielony od tytułu myślnikiem, a nie kropką (zaznaczone powyżej strzałką) zostały sprawdzone, a ich pisownia dostosowana do odsłuchania za pomocą funkcji ” Czytaj na głos tę stronę” (Ctrl + Shift +U)
Ten kończący się już właściwie rok okazał się kolejnym rokiem obfitym w nowe modele, ale nie tylko. Był, a właściwie wciąż jeszcze jest, bardzo dobrym rokiem dla tego bloga. Wczoraj 22 listopada wieczorem padł kolejny rekord wyświetleń, który od początku obecności bloga na platformie WordPress kształtuje się tak:
Najlepszy wynik z 2024 roku został przekroczony, a przecież do końca roku jeszcze ponad miesiąc. Do tego rekordu prawdopodobnie najbardziej przyczyniła się moja dość obszerna relacja z naszego wakacyjnego pobytu w Polanicy (zaprezentowana we wpisie 351). Niecałe dwa tygodnie od powrotu z Polanicy, ale jeszcze przed wyjazdem na kolejny 5 dniowy, ale równie udany wypad do Szczawnicy kupiłem model – bohatera tego wpisu. Pierwotnie (po obejrzeniu zapowiedzi na stronie Diecastia ) kupować go w żadnym wypadku nie zamierzałem, jednak po wizycie w kiosku (z czystej ciekawości), 10 września, kiedy modelik się ukazał, zdanie zmieniłem i nabyłem go. Na blogu (w galerii gdzie są prezentowane moje wszystkie „kultowe ciężarówki”) w soboty 13 i 20 września umieściłem jego zdjęcia (z ładunkiem i bez):
I tak modelik został na stole w kuchni w którym rozkładam przeważnie „mój warsztat” na kolejne dni, a właściwie tygodnie, bo w niedzielę 21 września, zaraz po śniadaniu, wyruszyliśmy na najdłuższy w tym roku wypad. Kolejny tygodniowy urlop, który żona dostawała niejako na raty spędziliśmy (podobnie jak miesiąc wcześniej) w górach. Ja miałem ochotę zwiedzić Muszynę i okolice, jednak tam nie znalazłem (poprzez Google Maps) sensownego hotelu i w końcu wybór padł na położoną w Pieninach Szczawnicę:
Zaraz, przecież na zdjęciach już od pierwszego z nich widać Tatry. A właśnie tak ! Pierwszego dnia pobytu, 22 września, który w tym roku okazał się ostatnim dniem „złotej polskiej jesieni” z miłego, położonego na obrzeżach uzdrowiska, nad samym Dunajcem Hotelu Smile (nie czekając na lepszą okazję) wyruszyliśmy na całodniową samochodową wycieczkę najpierw do Niedzicy-Zamek, a stamtąd przez Białkę i Bukowinę Tatrzańską dotarliśmy do położonego na wysokości 1145 metrów (nad poziomem morza) schroniska przy Polanie Głodówka (oddalonego od sławnej Łysej Polany o zaledwie 5 km) skąd rozciąga się widok na wspaniałą panoramę Tatr. (Tak na marginesie, dopiero kilka dni po powrocie ze Szczawnicy, dowiedziałem się, że miejsce to jest najwyżej położonym odcinkiem drogi publicznej w Polsce, choć w trakcie wycieczki autem tego zupełnie nie czułem).
W kolejnych dniach pogoda się popsuła, temperatura spadła z 24 do 12 czy13 stopni, momentami popadywało, ale my w żadnym wypadku nie nudziliśmy się. Spacerowaliśmy głównie nad Dunajcem i po uzdrowisku, a ostatniego dnia w piątek 26 września już po opuszczeniu hotelu, wybraliśmy się nawet w góry do Bacówki PTTK pod Bereśnikiem (skąd pochodzą ostatnie prezentowane tu zdjęcia) :
Jako że „popsuta” w Szczawnicy pogoda utrzymywała się już właściwie przez cały październik (że o listopadzie nie wspomnę), sprzyjało to większej niż zazwyczaj aktywności modelarskiej. Efekty tej aktywności pokazałem w nakręconym 22. listopada filmiku:
Co i jak było robione, zgodnie z obietnicą daną na filmie, pokażę tu poniżej:
A kolejne już moje „modelarskie szaleństwo” zaczęło się 1 października od nabycia na Allegro zestawu w skład którego wchodziły wycieraczki, lusterka i 4 maleńkie pomarańczowe okrągłe migacze. Wszystko to kupiłem w sklepie MiniAutka za 54 zł:
Kiedy chciałem zapłacić za przesyłkę okazało się że Allegro zaproponowało mi za 9 zł opcję Allegro Smart i darmowe przesyłki do końca miesiąca. Z promocji skorzystałem i w końcu (po chyba 2 latach namysłu) kupiłem modelik Audi A4 B9. Elementy z zestawu wykorzystałem do napraw różnych modeli:
Na pierwszy ogień poszła Warszawa, kupiona 2 lata temu na grudniowej giełdzie w Neo Garage. Zamontowałem w niej okrągłe lusterka z zestawu, bo modelik (wspomniany we wpisie 329) był oryginalnych pozbawiony. Okrągły migacz (w komplecie były 4 takie migacze (za 5 zł) trafił do Żuka (od Pana Andrzeja). W modeliku na zdjęciu lewy migacz jest oryginalny, prawy (ociupinkę mniejszy) jest dokupiony i wklejony. Operacja jego zamontowania wbrew pozorom wcale nie okazała się prosta i dobrze , że sklep MiniAutka oferuje komplet 4 sztuk, bo w trakcie poprawek pierwszy zamontowany migacz wypadł z modelika i zgubił się, wyciągnąłem więc z torebki drugi i ten zamontowałem już ostatecznie. Później zabrałem się za Bisa:
Najpierw zamontowałem w nim prawe lusterko, po czym w miejsce tylnego nitu mocującego wkładkę szyby tylnej napuściłem kropelkę kleju modelarskiego (do plastiku) po czym szybę tylną opuściłem nieco w dół, tak aby między nią a karoserię dało się włożyć odpowiednio przycięty kawałek pergaminu i zabezpieczyć szybę w trakcie malowania ramki tylnego okna. Później jeszcze przed zamontowaniem lusterek zabrałem się za poprawki Fiata 125p:
W Fiacie, jak zresztą w moim pierwotnym modeliku opisanym we wpisie 105, postanowiłem podnieść nieco do góry przedni zderzak. Pomny, ile pracy kosztowało mnie to 16 lat temu, chciałem uniknąć mozolnego rozpiłowywania pilniczkami otworów pod bolce mocujące zderzak i wziąłem do ręki wkrętarkę. Zamontowałem do niej wiertło 2 mm i szybko rozwierciłem otwory. Niestety efekt końcowy okazał się jednak gorszy niż 16 lat temu, bo ścianką w której są otwory pod bolce zderzaka jest od strony atrapy znacznie grubsza niż na dole i otwory rozwierciły się, ale niestety ich osie przesunęły się w dół (a nie pozostały na swoich miejscach), przez co zderzaka nie udało się podnieść do góry o tyle, co w pierwotnym (ręcznie piłowanym) modeliku. Jest lepiej, ale nie tak jak chciałem. Przy okazji tej poprawki „wynalazłem” nowy sposób mocowania elementów w powiększonych otworach (co widać na zdjęciach powyżej). Po poprawce zderzaka zamontowałem w klapie tylnej jedną z dokupionych wycieraczek i pomalowałem ją srebrną farbką. I w końcu po zabawach z lusterkami, które w modelikach zamontowałem, przyszedł czas na dorabianie brakujących chlapaczy:
W trzech z pokazanych na filmie modelików brakowało po jednym chlapaczu z tyłu. Na pierwszy ogień poszły Niwa i Fiat 125p . Najtrudniejsze (z uwagi na kształt) okazało się jednak dorobienie chlapacza do Malucha. Na początku oczyściłem prostokątne otwory pod ich mocowanie w płytce podwozia. Ponieważ lewy oryginalny chlapacz ułamał się w miejscu mocowania, przykleiłem go do płytki podwozia po prawej stronie klejem cyjanopanowym. Dorabianemu nadałem taki kształt , że po przykręceniu podwozia do „budy” wsuwa się go w prostokątny otworek w płytce podwozia.
W trakcie tych wszystkich poprawek i pracy nad kilkoma modelami na raz, w pewnym momencie moim warsztacie zrobił się niezły bałagan (by nie rzec pierdolnik):
Jednak po kilku dniach i zakończeniu poprawek i napraw modeli które miały posłużyć jako „ostateczny ładunek” na lorę udało się go posprzątać i zabrać za upiększenie samej lory:
Modelik Fiata 684N na całkiem czarnych kołach nie wyglądał najlepiej. Przeglądając w Internecie zdjęcia prawdziwych samochodów z lat 70-tych doszedłem do wniosku, że pomaluję w nim felgi, co robiłem „na raty” 15. października i 11. listopada.
Modelik wraz z ładunkiem wygląda teraz tak :
pozdrawiam
.
PRZYPPOMNIENIE !
Jak uważniejsi obserwatorzy i czytelnicy tego bloga zauważyli, jakiś czas temu, zmieniłem nieco sposób numerowania wpisów tego bloga. Otóż 3 lata temu, w przeglądarce włączyłem niechcący tryb głosowy. Zorientowałem się, że mojego bloga wcale nie trzeba czytać, a można go po prostu „posłuchać” włączając „tryb głosowy”. Działa on w przeglądarce Microsoft Edge:
Wpisy, których numer jest oddzielony od tytułu myślnikiem, a nie kropką (zaznaczone powyżej strzałką) zostały sprawdzone, a ich pisownia dostosowana do odsłuchania za pomocą funkcji ” Czytaj na głos tę stronę” (Ctrl + Shift +U)
Jak umieścić na blogu nowy, kolejny wpis i się przy tym „nie narobić” ? Odpowiedź jest prosta: Wykorzystać i przypomnieć to, co się tu już kiedyś napisało:
Ten blog, to blog nie tylko o samochodach, a właściwie ich modelach, ale też blog o ponad 100-letniej historii motoryzacji, w przeciągu której, jeżdżące po drogach pojazdy nie tylko ewoluowały, ale i pełniły różne funkcje, czasem niekoniecznie związane z transportem, czy komunikacją. Widać to zwłaszcza w albumach, które zamieściłem tu w lewej kolumnie.
Na historii motoryzacji szczególne piętno odcisnęła Druga Wojna Światowa. W trakcie jej trwania, w całej Europie (i nie tylko) właściwie produkcja samochodów osobowych została zawieszona, zaś fabryki przestawiono na produkcję zbrojeniową. Moja kolekcja, przy pomocy której staram się w jakiś sposób dokumentować historię, też to odzwierciedla. W kolekcji jest spora grupa pojazdów przedwojennych i naprawdę duża grupa pojazdów powojennych, ale dokumentacja historii byłaby niepełna, gdyby zabrakło w niej modeli najpopularniejszych, czy też ciekawych pojazdów właśnie z okresu Drugiej Wojny Światowej.
Taki wstęp napisałem dokładnie 10 lat temu we wpisie, który prezentował dwa modele „militarne”, które teraz dzięki ostatniemu zakupowi stały się częścią ciekawego i bardzo pożądanego przeze mnie zestawu. Same nie stanowiły go, bo brakowało „elementu łączącego” je ze sobą, który to był przedmiotem mojego kolekcjonerskiego pożądania od samego początku, czyli od momentu pozyskania opisanych we wpisie 244 wspomnianych tu modeli.
Moja „mini-kolekcja” pojazdów z okresu II Wojny Światowej jest prezentowana galerii „Krótka Historia ..” w pasku bocznym po prawej stronie. Wpis 244 nie tylko prezentuje tu 2 wcześniejsze modele z powstałego teraz zestawu, ale też opisuje (dziś już ponad 30-to lenią) historię zdobywania moich „militarnych” modeli z okresu II Wojny Światowej.
Ostatnie z nich prezentowałem w 2017 roku, a więc już dobry kawał czasu temu, bo moja „mini-kolekcja” pojazdów z okresu II Wojny Światowej była niejako niemal kompletna i w ostatnich latach nie powiększała się, zaś modele, o których zakupie myślałem udało się zdobyć akurat w tym (dobiegającym już końca) roku .
Pierwszy z nich to naprawdę „rarytas” i „świeżynka”, która dotarła do mnie w połowie ubiegłego tygodnia:
„Sd. Ah. 116 – 22 tonnen”(bo pod taką nazwą jest na wielu rynkach oferowany jej model) odnosi się do niemieckiej przyczepy transportowej z okresu II wojny światowej, używanej przez Wehrmacht do przewozu pojazdów o masie do 22 ton. Pełna nazwa to „Tiefladeanhänger für Panzerkampfwagen 22t (Sd. Ah. 116)”, co oznacza „przyczepa niskopodwoziowa do czołgów”. Przyczepa była z czterema osiami, miała długość 14,4 metra i szerokość 3 metry.
Dlatego jej modelik jest naprawdę duży. Mierzy (z dyszlem) 32 cm i jest jednym z największych modeli w mojej kolekcji.
Model jest drobiazgowo detalowany. Ma mnóstwo drobnych wystających elementów, na które trzeba bardzo uważać.
Nie był też (jak zresztą wiele innych współczesnych modeli) pozbawiony wad. Miał krzywo przyklejoną nakładkę imitującą brezentowy daszek nad kabiną kierowcy. Początkowo kiedy to zauważyłem miałem zamiar go reklamować. W końcu model za 200 zł (a nie ciężarówka z kiosku za 90 ) powinien być wykonany staranniej. Jednak perspektywa handryczenia się ze sprzedającym, odsyłania modelika, oczekiwania na kolejny (prawdopodobnie z inną wadą), zniechęciła mnie i doszedłem do wniosku, że może uda się to naprawić. I tak chyba w ciągu godziny, po obejrzeniu kabiny pod lupą, przy pomocy nożyka modelarskiego i stosowanego tym razem bardzo ostrożnie rozklejacza do klejów cyjanopanowych daszek udało się od szyby oderwać, od pałąków z lewej strony odkleić, a pałąki z prawej odciąć.
Po nałożeniu ponownie na kabinę (bez jakiegokolwiek klejenia) wyprostowany nad parą z czajnika (do gotowania wody) daszek siedzi stabilnie i prosto, a na szybie zacisnął się tak, że nie można go oderwać (choćby do zrobienia zdjęć), nie będę go wiec już ruszał.
Do zakupu przyczepy przymierzałem się długo. To właśnie taką zażyczyłem sobie od wydawnictwa Eaglemoss w zamian za „zaprotegowanie” na blogu nowej serii modeli Ferrari, jaka wiosną 2013 roku pojawiła się w kioskach.
Niestety pracownicy wydawnictwa w odstępie kilku miesięcy dostarczyli mi 2 ciągniki Sd.Kfz 9 „Famo”, (z których jeden sprzedałem). O pozostałe elementy zestawu nie dobijałem się, bo skonstatowałem, że pracownicy wydawnictwa nie będą umieli mi kompletnego zestawu załatwić. Dwa lata później na giełdzie dokupiłem model czołgu (co prawda w innym kolorze niż wspomniany ciągnik, ale za to dokładnie taki sam model, jaki był w zestawie który sobie zażyczyłem) Niedługo potem na blogu zarekomendowałem inną kolekcję wspomnianego tu wydawnictwa i w zamian otrzymałem 3 wybrane przez za mnie modele z „zaprotegowanej” serii, które też wzbogaciły moją „militarną mini-kolekcję”
Zestaw jaki udało mi się teraz skompletować nie jest może „szczytem marzeń” ale jest. Zaś cała zabawa z jego skompletowaniem trwała 12 i pół roku. Czołg jest co prawda w malowaniu z kampanii w Afryce i do zestawu pasuje tak sobie (zwłaszcza kolorem), za to bardzo dobrze komponuje się z moim drugim tegorocznym „militarnym” nabytkiem: Słynnym motocyklem BMW R75 Sahara (również z kampanii w Afryce).
Już jakieś dwa lata temu, podczas przeglądania różnych aukcji na niemieckim e-bay, nieco jakby mimochodem moją uwagę zwrócił modelik Forda V8 firmy Rextoys. Pod koniec lutego (tego roku) wklepałem więc tak, jak kilka miesięcy temu „Ford V8 Rextoys” w Google. Wśród ofert zagranicznych pokazały się też dwa modeliki w polskim sklepie internetowym Fajne Fury (w cenie 75 zł). Do modelika należało doliczyć jeszcze koszt przesyłki – 15 zł. Zastanawiając się, czy modelika nie kupić w tym sklepie, zacząłem przeglądać jego ofertę i natknąłem się na modelik motocykla z koszem BMW R75:
Internetowe znalezisko bardzo mnie ucieszyło, bo sądziłem, że modelika motocykla nie uda mi się już kupić.
Nie jest on może szczytem sztuki modelarskiej, bo to w końcu model firmy Hongwell – Cararama.
Przydało by się w nim to i owo poprawić, nie będzie to jednak sprawą prostą, bo pokazany na zdjęciach modelik w rzeczywistości jest naprawdę maleńki :
Najważniejsze jednak, że jest i naprawdę cieszy. Bez tego motocykla moja „militarna mini-kolekcja” byłaby niepełna, a tak już właściwie kompletna jest (przynajmniej w moim rozumieniu). No może przydałby się w niej jeszcze ewentualnie jakiś amerykański czołg, ale cóż na chwilę obecną pozyskanie takiego modelu priorytetem bynajmniej nie jest.
Na koniec tego wpisu kilka słów i rozważań na temat rynku modelarskiego i cen.
Prezentowana tu przyczepa kosztowała w sklepie modelarskim pilot720.pl niespełna 217 zł (wraz z wysylką). Sądziłem więc, że to najdroższy modelik w kolekcji, (nad którego zakupem przez niemiecki e-bay zastanawiałem się długo). Jednak po krótkiej analizie okazało się, że nie. Najdroższy okazał się pokazany w galerii obok Jelcz Berliet PR 100 . Model kosztował w listopadzie 2020 roku 156,5 zł. Jeśli uwzględni się inflację z ostatnich 5 lat jego obecna cena powinna wynieść 223,3 zł, a zatem więcej niż zapłaciłem za prezentowaną tu przyczepę. Po modelik autobusu musiałem po drodze z pracy podjechać kilkanaście kilometrów (na Ursynów), przyczepa zaś przyszła do paczkomatu 400 m od domu.
Pokazany tu motocykl w sklepie modelarskim kosztował 55 zł, co jak na modelik firmy Hongwell – Cararama może wydawać się wcale niemało. Kiedy takie modele były w sklepach modelarskich i małych sklepikach z zabawkami kosztowały od 15 do 25 zł.
Kilka dni temu w trakcie przeglądu moich „kolekcjonerskich” pudeł, z jednego z nich wyciągnąłem prezentowany tu modelik Volvo S40. Modelik po dorobieniu lusterek nie został do końca naprawiony (miał urwany tylny zaczep mocowania podwozia) i został przykręcony do podstawki tak, jak go kupiłem (bez przekładki samą śrubką). Teraz okazało się, że przez 16 lat przechowywania, nie tylko oponki modelika zrobiły 4 „odciski” protektora w podstawce , ale metalowe podwozie (odlane w raz ze zderzakami) odkształciło się i z tyłu powstała między tylnym zderzakiem a nadwoziem brzydka szpara, której patrząc na zdjęcia na blogu nie widać. W trakcie szybkich prób dopasowania podwozia do nadwozia to ostatnie pękło (mniej więcej w połowie maski). Teraz sklejam to wszystko żywicą przerabiam i dopasowuję, ale zastanawiałem się też czy modelika nie wyrzucić i nie poszukać jego zamiennika. Przy tej okazji zacząłem zastanawiać się ile modelik byłby wart dziś (adekwatnie do ceny jego zakupu).
Volvo kupiłem w 2009 roku za kwotę 27 zł (wraz z przesyłką), a wiec za dokładnie tę samą cenę jaką w tym czasie płaciłem w „kultowym” kiosku za modele z serii „Kultowe Auta PRL”. Jeśli uwzględni się inflację z ostatnich 16 lat (wg Wikipedii) jego obecna cena powinna wynieść 46,5 zł (przy uwzględnieniu tegorocznej inflacji 2,8%. Tak więc doszedłem do wniosku że kupiony na ostatniej giełdzie Opla Omega Caravan firmy Schuco, który nie miał plastikowej listwy nad tylnym zderzakiem, a którą jeszcze tego samego dnia wieczorem dorobiłem. Biorąc pod uwagę to, że ma też niestety mało widoczną ale przykrą wadę lakierniczą, którą zauważyłem dopiero w domu, (zaciek lakieru bezbarwnego na prawym boku), wcale drogi nie był.
Tym bardziej więc modelik motocykla firmy Hongwell – Cararama w oryginalnym opakowaniu (witrynka + pudełko), kompletny i nowy, za 55 zł, w porównaniu z zacytowanymi tu modelami wcale drogi nie był. Volvo było tylko na podstawce (witrynkę skombinowałem później) a Opel jest „luzem” bez jakiegokolwiek opakowania, o które będę się musiał zatroszczyć.
Kilka dni temu, 9 września minęło dokładnie 19 lat od opublikowania tu mojego pierwszego wpisu.
Dlatego przy tej szczególnej okazji
PRAGNĘ SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEZ OSTATNICH 19 LAT ODWIEDZILI I WCIĄŻ ODWIEDZAJĄ MOJEGO BLOGA.
Wakacje w tym roku były i są niejako na raty. Właściwie zaczęły się w czerwcu (nie licząc krótkich weekendowych wypadów np. do Rawy Mazowieckiej). W Boże Ciało 19 czerwca wybraliśmy się na krótką, ale bardzo udaną 3 dniową wycieczkę. Odwiedziliśmy Toruń (gdzie nam się podobało i nocowaliśmy), Ostromecko (które nam się spodobało) Bydgoszcz (gdzie też nocowaliśmy, a mi ona bardzo się spodobała) i na koniec zahaczyliśmy o Ciechocinek (który jakoś specjalnie mnie nie zachwycił).
W tym roku 15 sierpnia wypadł w piątek. W poprzedzający to święto weekend jak zwykle wyskoczyliśmy gdzieś poza miasto. Po powrocie do domu żona zaczęła marudzić, że na długi sierpniowy weekend ma być pogoda, a my się nigdzie nie wybieramy. W poniedziałek zacząłem więc przeglądać mapy Google i dzwonić po hotelach. Niestety ani w Olsztynie, ani w Olsztynku, czy Starych Jabłonkach nie było miejsc. Nie było ich również w Smardzewicach (gdzie w 2018 roku spędzaliśmy krótki aczkolwiek dość udany urlop (opisany we wpisie 218). Jako ewentualny cel wypadu znalazłem położony niedaleko od Smardzewic pensjonat w Karolinowie (skąd pochodzą załączone we wspomnianym wpisie zdjęcia i filmy znad zalewu). W poniedziałek nie dałem jednak już rady zadzwonić i zrobiłem to we wtorek rano. Kiedy okazało się, że jest jeden wolny pokój, w piątek ok. 12 wyruszyliśmy do Tomaszowa Mazowieckiego, a stamtąd do Karolinowa gdzie spędziliśmy cały długi sierpniowy weekend.
Żona (choć to prawdopodobnie ostatni rok jej pracy) miała kłopot z wzięciem urlopu. Okazało się, że zespół w którym pracuje, nie jest zbyt liczny, zaś inni już najlepsze terminy w sierpniu i wrześniu zarezerwowali. Do tego w lipcu i sierpniu chyba 3 razy przejechała z Berlina na kilka dni nasza córka (od której już się troszkę odzwyczailiśmy) co też powodowało w domu trochę dodatkowego zamieszania. Aga a to organizowała jakąś imprezę, a to przyjechała na ślub koleżanki z wózka dziecięcego, skweru Wiecha i przedszkola (z którego fotki NAPRAWDĘ WARTO ZOBACZYĆ, a na którym moja córka była jedną z druhen).
W końcu jednak okazało się, że żona mogła wziąć urlop w ostatnim tygodniu sierpnia. Po analizie i rozważaniach braliśmy pod uwagę wypad do Trójmiasta (w którym bardzo dawno nie gościliśmy) jednak ostateczny wybór padł na Kotlinę Kłodzką, w której byliśmy co prawda prawie dokładnie rok temu, ale wtedy 2 razy nocowaliśmy w Lądku Zdroju (był to mój prezent emerytalny od współpracowników). Z Lądka pojechaliśmy wtedy na drugą stronę kotliny i wdrapaliśmy się na Szczeliniec, poza tym 2 razy byliśmy nad zalewem w Starej Morawie (który bardzo przypadł nam do gustu – zwłaszcza mi).
Tym razem po analizie map i zdjęć na Google Maps wybór padł na Hotel Polanica jako doskonałą bazę wypadową do zwiedzania atrakcji Kotliny Kłodzkiej. Niestety mogliśmy się tam wybrać dopiero w poniedziałek 25 sierpnia (a nie w niedzielę, jak ostatnio robiliśmy zazwyczaj), bo w niedzielę trzeba było odstawić Agnieszkę na dworzec skąd pociąg do Berlina odjeżdżał o 17. W hotelu zarezerwowałem 4 noclegi, bo rezerwacja pobytu z piątku na sobotę była już niemożliwa więc cóż, nie wnikałem dlaczego i w końcu 4 dni pobytu wystarczyły aby zobaczy to, co chcieliśmy.
Zaraz po przyjeździe zjedliśmy bardzo dobrą obiadokolację i poszliśmy na długi spacer po Polanicy, a właściwie po parku zdrojowym. W pijali wód mineralnych (jaka jest lokalem obowiązkowym w każdym chyba uzdrowisku zaskoczyły mnie dwie gabloty, w których wystawione były modele rajdowych samochodów sprzed lat wykonane przez profesjonalnego modelarza. Modele były w skali 1 : 24, a że było już późno i światło w hali było słabe nie zrobiłem ich zdjęć (pomyślałem że będziemy tu jeszcze 4 dni i któregoś dnia do pijali wpadnę i sfotografuję modele (w śród których był też model Polskiego Fiata 126p podobnego do tego, którego kupiłem kilka dni po powrocie z Polanicy).
Drugiego dnia wybraliśmy się na wycieczkę. Pojechaliśmy w okolice znanego nam z ubiegłego roku Szczelińca gdzie za opłatą 30 zł, górską, 3 kilometrową drogą wdrapaliśmy się na parking, z którego jest „rzut beretem” do ciekawego miejsca (którego zwiedzanie zupełnie nie jest męczące) jakim są Błędne Skały:
Stamtąd wpadliśmy jeszcze na jakieś 2 godzinki na spacer po Kudowie Zdroju skąd wróciliśmy do hotelu na kolejną (równie smaczną i wypasioną) obiadokolację.
Drugiego dnia nie wyruszyliśmy na przecinającą Kotlinę Kłodzką dość ruchliwą trasę numer 8, ale pojechaliśmy ulicą Górską (przy której znajduje się hotel) w górę do położonego kilka kilometrów dalej Zamku Leśna Skała w Szczytnej. Sam zamek nie zrobił na nas jakiegoś specjalnego wrażenia. Kiedy weszliśmy na dziedziniec do zamku, właśnie wchodziła grupa zwiedzających, przewodniczka powiedziała, że ta atrakcja kosztuje 60 zł i zanim pomyśleliśmy czy warto ? drzwi za przewodniczką się zamknęły. Nie było jednak biedy.
Tuż przy bramie do zamku (przy którym na wąskiej drodze miałem problem z zaparkowaniem i przytarłem podwozie) znajduje się fajny punkt widokowy z którego rozciąga się ładny widok:
Ze Szczytnej pojechaliśmy do Dusznik Zdroju. Przeszliśmy z parku zdrojowego na sam koniec kotlinki, w której leżą Duszniki nad uroczy staw:
Z Dusznik pojechaliśmy górską drogą na południe, pod samą czeską granicę, skąd drogą 389 pojechaliśmy z powrotem na północ zahaczając o Zieleniec, na końcu którego znajduje się dość spory parking będący również punktem widokowym. Kiedy zaparkowaliśmy samochód zauważyłem, że po niezalesionym zboczu od drogi którą przyjechaliśmy pnie się w górę polna droga. Poszliśmy nią kilkaset metrów w górę.
Żonę dość szybko wystraszyły latające mrówki, których w którymś miejscu było naprawdę sporo i zaraz zeszła na dół na parking. Ja też nie zaszedłem zbyt wysoko bo przy drodze, jak się po krótkim spacerze okazało rosły wspaniałe dzikie maliny. Zacząłem je więc zrywać i jeść. (Kto szuka ten znajdzie, jak mówi przysłowie) Dwa tygodnie wcześniej w lesie pod Karolinowem rosły wspaniałe jeżyny, którymi też się zajadałem.
Po powrocie do hotelu na obiadokolację (która akurat w środę była w formie grilla w hotelowym ogrodzie) okazało się, że w holu stoi gablotka z modelikami starych i zapomnianych już nieco rajdowych aut (takich jakie widziałem dwa dni wcześniej w polanickiej pijalni) :
Po kolacji poszliśmy do centrum Polanicy. Przy głównym placu stały 2 zapomniane już nieco rajdowe samochody, a obok pokazana na zdjęciu plansza. Po przeczytaniu planszy zrozumiałem dlaczego rezerwacja noclegu w hotelu, z piątku 29 na sobotę 30 sierpnia, okazała się niemożliwa.
Następnego dnia w czwartek postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę „na luzie”. W poprzednich dniach mój zegarek pokazywał po ok. 18 tys. kroków na dobę wiec przydało by się małe „wytchnienie”. Z Polanicy postanowiliśmy pojechać do położonej na południe od Lądka Zdroju Starej Morawy nad uroczy zalew, na którym rok wcześniej byliśmy 2 razy i bardzo nam się tam podobało.
Po drodze postanowiłem jednak zobaczyć małe i trochę zapyziałe, ale bardzo klimatyczne miasteczko Bystrzycę Kłodzką:
A po powrocie z tej wycieczki podjazd pod hotelem i plac obok wyglądały tak:
Z zaciekawieniem obejrzałem to, co pojawiło się pod hotelem gdzie w jednej z salek był „sztab rajdu”, do którego zgłaszali się uczestnicy (przeważnie w moim wieku). Po obiadokolacji, kiedy zorientowałem się, że „rajdowe legendy” będzie można zobaczyć też w innych miejscach „ruszyliśmy w miasto”. Na parkingu obok stacji benzynowej zrobiłem też trochę zdjęć:
W centrum miasta (gdzie właściwie „za widna” byliśmy po raz pierwszy” też zrobiłem kilka zdjęć :
Po powrocie do hotelu, żona poszła do pokoju, a ja zostałem na zewnątrz, gdzie na hotelowy parking wciąż podjeżdżały kolejne załogi :
W hotelowym holu pojawiła się też druga gablotka z modelami rajdówek:
Następnego dnia, w piątek musieliśmy już opuścić całkiem przyjemny Hotel Polanica , który był niejako centrum rajdu. Po 11. zwolniliśmy pokój, samochód z uwagi na to, iż w pobliżu centrum miasta była przebudowa ulicy i zaczęły tworzyć się korki, zostawiliśmy przy centrum handlowym obok stacji benzynowej. Przed wyjazdem do Warszawy postanowiliśmy odbyć jeszcze jeden ostatni spacer po Polanicy, która z miejscowości odwiedzanych w trakcie tego, jak i ubiegłorocznego pobytu w Kotlinie Kłodzkiej przypadła nam do gustu najbardziej.
Spacer zaczęliśmy od wizyty w „parku maszyn” rajdu:
W „parku maszyn” było też oczywiście kilka stoisk z okolicznościowymi gadżetami. Na jednym z nich kupiłem sobie (za całe 10 zł) taki oto spory plakat:
Kiedy dotarliśmy do centrum miasta, plac przy fontannie wyglądał już tak:
Kiedy już zrobiłem pokazane tu zdjęcia (i jeszcze kilka nie pokazanych) udaliśmy się już na ostatni „turystyczny” spacer po Polanicy:
Na końcu tej pieszej wycieczki dotarliśmy do restauracji Góralka, gdzie na tarasie wypiliśmy tym razem bezalkoholowe piwo i podziwialiśmy taki oto widok:
Po powrocie z popołudniowego, ostatniego już spaceru nie czekaliśmy na oficjalny start rajdu. (który odbył się o godz. 17.) Około 15. wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. (Z Polanicy do Warszawy jest ponad 450km, a piątek to w końcu dzień roboczy i wiadomo ruch spory, a do tego tiry na drogach)
Po powrocie z tego udanego 4, a właściwie 5 dniowego wypadu, we wtorek 2 września trochę przypadkiem wpadłem do zaprzyjaźnionego kiosku gdzie za kilka dni miała przyjść „laweta” z serii ciężarówek. W kiosku na widoku leżał modelik rajdowego Fiata 126p z nowej serii „Kultowe Maluchy” wydawnictwa Hachette. Niestety kiosk z zamówionych 4 sztuk dostał tylko 2 i obydwie już wcześniej zostały „obstalowane”. Do kiosku weszła w tym czasie jakaś pani i przypomniała mi o kiosku na stacji metra. Rajdowego Fiata miałem zamiar kupić, (aby uzupełnić moją mini-kolekcję modeli tych aut). Teraz po obejrzeniu aut przygotowanych na polanicki Rajd Legend na maluchu zależało mi szczególnie. Pobiegłem więc do kiosku na stacji metra, gdzie na półce leżały jeszcze 2 sztuki. Po pobieżnych oględzinach wybrałem tę, która wydała mi się lepsza.
Modelik na początku bardzo mi się spodobał, jednak po bliższych i dokładniejszych oględzinach okazało się, że wymaga kilku niekoniecznie prostych i łatwych poprawek:
Poprawki zacząłem od podniesienia nieco w górę przedniego zawieszenia tak, aby modelik nie „nurkował” (jak w trakcie ostrego hamowania). Między płytkę podwozia a nadwozie włożyłem wykonaną z drucika od zimnych ogni podkładkę (zdjęcia 1 i 2). Efekt jest, ale skutkiem ubocznym była konieczność zastosowania (do przykręcenia podwozia) śrubki o nieco większej średnicy, bo fabryczna „przestała trzymać”.
Drugą operacją jaką wykonałem było odcięcie (żyletką) od dolnych halogenów obłych zewnętrznych „grzybków” (które fabrycznie za bardzo wystawały na zewnątrz). Operacja budziła moje wątpliwości, czy tak drobne elementy uda się odciąć równo i trochę się obawiałem ją zrobić. Ale przy użyciu nowiutkiej żyletki „poszło jak z płatka”. Po odcięciu i opiłowaniu zarówno „grzybków” jak i opraw na zderzaku przykleiłem je do opraw gumą do żucia. (zdjęcie 3).
Ponieważ modelik przestawia samochód rajdowy (z poszerzanymi nieco felgami) postanowiłem zmienić mu rozstaw kół, tak aby nie chowały się w nadwoziu. W tym celu dorobiłem specjalne podkładki i przykleiłem do nab w kółeczkach. Tylna ośka wylądowała z przodu, zaś oś tylną musiałem dorobić (w moich zapasach nie znalazłem niczego co dałoby się zastosować. (zdjęcie 4). Teraz rozstaw kół tylnych został zwiększony o 0,6 mm na stronę, czyli ok. 1,2 mm. Z przodu o 0,9 mm na stronę, czyli ok. 1,8 mm.
Kolejnego dnia (po zrobieniu opisanych tu poprawek) zaczęło się mozolne dorabianie przednich migaczy. Jednak do wykonania tej operacji trzeba było rozebrać nieco innego „malucha” (zdjęcie 5) Dlaczego? Modelik miał prawy migacz cały, ale lewy był od zewnętrznej strony obłamany. (Przy zakupie tej wady nie zauważyłem) Pokazałem to na zdjęciu 6. Migacz prawy. to oryginalny migacz z opisywanego tu modelika Fiata 126p FL, migacz lewy to migacz wymontowany z rajdowego Fiata. Z bardzo starego pudełka po cukierkach Tictac (wykonanego ze sztywnego przezroczystego pomarańczowego plastiku, który da się kleić klejem modelarskim) wykonałem płytki o wymiarach 4 na 1,9 mm. Oryginalny migacz z rajdówki opiłowałem tak, że pozostał z niego tylko bolec mocujący. (zdjęcie 7) Następnie przykleiłem płytkę do wystającego bolca i zacząłem ją opiłowywać (zdjęcia 8 i 9). Na zdjęciu 10 migacz prawy to dalej oryginalny migacz z Fiata 126p FL, zaś migacz lewy to już nowy „dorobiony” migacz.
Po wykonaniu migacza lewego dokładnie tak samo wykonałem migacz prawy, po czym wyciągnąłem je z modelika Fiata 126p FL i zamontowałem do modelika rajdówki. Okazało się jednak, że migacze dorabiane na modeliku Fiata 126p FL nie do końca ładnie układają się na rajdowym maluchu.
Otóż powstały na bazie form od modelika Fiata 126 Bis modelik Fiata 126p FL to (oprócz jednej wady na dachu) modelik ze wszech miar znakomity. Jego przednie migacze są zamontowane w płyciutkich pogłębieniach (widocznych nieco na zdjęciach 6, 7 i 8). Modelik rajdowego Fiata powstał na bazie starszego i mniej starannie wykonanego modelika Polskiego Fiata 126p. (O czym świadczy praktycznie identyczna, mocno uproszczona płytka podwozia). Powierzchnia jego pasa przedniego nie tylko nie ma zagłębień, ale w tym miejscu jest wypukła, jakby producent modelika miał wypuścić go z malowanymi farbką migaczami i w ostatniej chwili zdecydował się na wykonanie migaczy jako osobnych elementów). Trzeba to było więc jakoś spiłować. Do tej operacji udało się tylko częściowo zdemontować przedni zderzak, który za lewym halogenem pękł. (zdjęcie 11). Po tej ostatniej „dodatkowej” poprawce dorobione migacze już dobrze układają sie i przylegają do przedniego pasa. (zdjęcie 12).
Pokazane w opisie przeróbki zdjęcia przedstawiają model po wszystkich już (mam nadzieję że ostatecznych poprawkach). Migacze mogą wydawać się nieco za duże. Ale cóż, w mojej modelarskiej karierze dorabiałem wiele różnych elementów (przeważnie były to lusterka, ale dorabiałem też lampy przednie i tylne, zderzaki atrapy i inne). Dorabiane bardzo drobne elementy zawsze wychodzą nieco większe od oryginalnych wzorców.
Na całej, opisanej tu operacji skorzystał też kupiony dokładnie 15 lat temu Polski Fiat 126 Bis. Kiedy go kupiłem jedyne zastrzeżenia jakie do niego miałem dotyczyły tylnej klapy. Przy okazji jaka teraz się nadarzyła postanowiłem go poprawić. Aby optycznie powiększyć szybę tylną (która w oryginale wydaje się zbyt mała) pomalowałem ramkę wokół niej :
Teraz wszystkie moje „kultowe” maluchy) od deAgostini wyglądają tak:
Każdy z nich został na tym blogu opisany i pokazany.
A jak wyglądał 2. Polski Rajd Legend pokazuje znaleziony na Youtube film:
pozdrawiam
.
Post scriptum 4 listopada
Wczoraj na blogu pojawił się nowy (352) aktualny wpis. Dziś przypadkiem wyświetlając piosenkę dedykowaną czytelnikom przy okazji prezentacji Nysy 522 KW znalazłem ciekawy filmik, w którego bohaterem jest pokazany powyżej „rajdowy” maluch. Nie nie ten mały z kolekcji, ale ten prawdziwy, którego zdjęcie (zrobione prze ze mnie na parkingu hotelu Polanica Resort & Spa) prawdopodobnie wywindowało wyświetlenia tego bloga do dawno tu nie widzianych rekordowych poziomów. Filmik dedykuję czytelnikom i przypadkowym odwiedzającym, którzy do tych wyników się przyczynili .
ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 - 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )
ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 - 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )
ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 - 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )
ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 - 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )
ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 - 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )
ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 - 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )
ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 - 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )
ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 - 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )
ZAŁOŻONY W 2006 ROKU BLOG O MOIM HOBBY, ALE NIE TYLKO (pokazuje ok. 700 modeli samochodów powstałych w latach 1886 - 2020 z mojej kolekcji autek w skali 1:43 )