wtorek, 20 stycznia 2026

Moje biblijne babki - część 5

 

Pradziadek Bogusław, ojciec biblijnych babek, zamierzał zostać księdzem. Od dziecka służył do mszy, dzwonił na podniesienie i nie rozstawał się z Biblią, czytał na wyrywki, czytał po kolei kolejny raz całość, od Księgi Rodzaju, od stworzenia świata po Apokalipsę. Jego zachwyt Słowem Bożym niezmiernie podobał się tutejszemu proboszczowi dobrodziejowi, więc hołubił tego syna zubożałego szlachcica, dobrze wychowanego, który nie włóczył się po zabawach i bijatykach, uczył się gorliwie i codziennie odmawiał różaniec, spacerując wokół księżowskich stawów. I pewnie jesienią zostałby przyjęty do seminarium, gdyby nie miłość – tak głosi rodzinna legenda jednakowo opowiadana przez każdą babkę. Zakochała się w pobożnym Bogusławie piękna i młoda dziedziczka z dworu. Po raz pierwszy usłyszała, jak słodkim tenorem śpiewa psalm, kiedy po rezurekcyjnej procesji zabrzmiało radosne alleluja. I stało się – Ludmiła każdego ranka przychodziła na mszę, siadała w pierwszej ławce i wpatrywała się czarnymi jak węgiel oczyskami w młodego prawie że kleryka. Posmutniała, płakała po kątach, schudło się panience okrutnie. Nic nie pomagało. Odmówiła wyjazdu do miasta, chociaż kuszono balami i operami, nie chciała nowych sukienek, zaczęła ubierać się na czarno i przebąkiwać o zakonie. Wezwany na ratunek felczer przeprowadził wywiad, badania, wypytał o dietę, kazał pić tran i więcej mleka, jednak nie znalazł choroby. W dworze wybuchła rozpacz – jedyne dziecko, wychuchane, wypielęgnowane, wyedukowane na pensji jak trzeba i z guwernantką w domu, która dawała lekcje muzyki, haftu i rysunku, a tutaj – do zakonu. Matka zapłakiwała się z rozpaczy, wołała córę, przytulała, wypytywała – nic z tego. Do zakonu i do zakonu – szeptała Ludka. Powód odkrył ojciec, kiedy wieczorami zaczął śledzić córę i wypatrzył, że spacery urządza ku księżowskim stawom. Zza krzaków zaś nie odrywa oczu od jakiejś postaci wytrwale obchodzącej połyskującą w zachodzącym słońcu wodę. W pierwszej chwili przeraził się, że Ludmiła zapatrzyła się na proboszcza – jednak to nie była ta figura, ten krok, brakowało sutanny, z którą pobożny duchowny się nie rozstawał. Podszedł więc po cichu bliżej i kiedy córa zawróciła do domu, stanął na drodze Bogusławowi. Młody szlachcic z należytym szacunkiem skłonił się przed dziedzicem, roztropnie na pytania odpowiadał, a kiedy zadzwoniono w kościele, pożegnał się tłumacząc, że obiecał proboszczowi odśpiewać nieszpory.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Moje biblijne babki - najmłodsza Estera

 

***

I wreszcie czwarta babka, Estera, chyba najbardziej przypominała babcię – zwyczajną staruszkę, w której pokoju pachniało cynamonem, wanilią i pomarańczą. Piekła serniki: czysty ser, żadnych ciast na spodzie, żadnych pianek czy czekolady na wierzchu. Idealny smak pachnącego najlepszą cukiernią sernika. Piekła szarlotki – ale tylko jesienią, ponieważ jabłko musiało pochodzić z własnego sadu, a nie mogło leżeć w piwnicy. Estera, obdarzona wyjątkowym poczuciem zapachów, nie dała rady, po prostu nie dała rady jeść czy też kazać jeść innym owoców leżących kilkanaście tygodni w piwnicy. Nie piekła makowców.

– Nie mogę – mawiała, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem, – przygotować ciasta z kupowanego maku, to czyste marnotrawstwo. Ten mak zawsze jest gorzki, obrzydliwy. Wiem, wiem, przecież i tak kupuję do kutii, ale tam oszukuję smaki miodem, rodzynkami, pomarańczową skórką. W makowcu tego się nie da. Może kiedyś znów będziemy hodować mak, siać, podlewać, suszyć makówki, a potem zsypywać idealne ziarenka do płóciennych woreczków. – Wzdychała z taką tęsknotą, że musiałam się do niej przytulić. Ostatnie jabłeczniki piekła w październiku, zanim zimowe owoce zaległy w skrzynkach. Piwnica przy dworku była istnym sezamem. Drewniane drzwi zamykano na wielką kłódkę, za progiem zaczynały się od razu schody i wiodły w dół. Ile razy wysyłano mnie po przetwory, wyobrażałam sobie, że schodzę do podziemi jakiegoś zamku, do lochów pod miastem czy jaskini. Byłam uwięzioną księżniczką, poszukiwaczką skarbów, uciekinierką albo przywódczynią skrytobójców. Na samym dole panował wieczny chłód, zapach gliny i ziemniaków wirował w nozdrzach, a mnie opanowywał lęk, że z ciemnego kąta wypełzną pajęcze stwory i porwą mnie gdzieś w podziemne korytarze. Świecąc latarką zbierałam zamówione przez babki słoiki, ustawiałam w koszu i wnosiłam z wysiłkiem na górę, spragniona świeżego powietrza. Piwnica, schowana w bzach, najpiękniej wyglądała wiosną, gdy wybuchało owo fioletowe szaleństwo. Babka Estera znosiła naręcza bzu i ustawiała w kuchni, w jadalni, w bibliotece – dom pachniał bzem. Dlatego nazwałam ją Bzową Wróżką – poza tym kochała fiolety i wrzosy we wszelkich odcieniach. Kiedy szukałam dla niej prezentu – sięgałam w sklepach po fioletowe szale, chusty czy apaszki. Babcia Estera była rodzoną babcią, mamą mojej mamy.

 

***

Salomea, Judyta, Serafina, Estera – moje biblijne babki. Oto one, poznajcie się.

niedziela, 18 stycznia 2026

Moje biblijne babki - Serafina

 

Co do władz umysłowych trzeciej babki, Serafiny, cała rodzina miała wątpliwości. To przez imię – twierdziły siostry – anioły umyśliły, że z takim imieniem nie może być zwykłą kobietą. Babka Serafina każdemu nowo przybyłemu gościowi opowiadała, że imię predestynuje ją do najwyższej triady aniołów, oczywiście w przyszłości, ale i teraz musi mieć to na uwadze. Żeby wejść do zaczarowanego pokoju Białej Babci (tak mówiła cała rodzina, ponieważ Serafina wcześnie osiwiała lśniącą bielą – aczkolwiek niektórzy posądzali ją o korzystanie z rozjaśniaczy do włosów dostarczanych przez Salomeę), musiałam nauczyć się podstaw wiedzy o aniołach. Serafina wołała mnie i pytała, czy chciałabym zobaczyć jej najnowszą pracę. Wtedy musiałam wyrecytować:

– Chóry anielskie to dziewięć hierarchicznych zastępów aniołów podzielonych na trzy triady: najwyższą, najbliższą Bogu tworzą Serafini, Cherubini i Trony, pośrednią, zarządzającą kosmosem są Panowania, Moce i Potęgi, a najniższa, mająca kontakt z ludźmi, przekazująca wolę Bożą i pomagająca w duchowym rozwoju to Księstwa czyli Zwierzchności, Archaniołowie i Aniołowie. Babcia Serafina należy do Serafinów i dlatego tworzy cuda. – Wówczas otwierały się drzwi do pokoju i owe cuda mogłam oglądać do woli. Szydełkowe czary z białych nici wprawiały mnie w nieustanny zachwyt, poczynając od małych serwetek ściegiem siatkowym czy cacek wykonanych z drobnych elementów (tu czasem pojawiały się pastelowe kolory) przez firany i zazdrostki na okna, zachwycające fantazją narzuty, serwety, chusty, misterne kołnierzyki, po – cuda nad cudami – parasolki. Białe parasolki, których nikt nie potrzebował i nie używał, a które umocowane pod sufitem w pokoju Białej Babci tworzyły iście niebiański nieboskłon. Te parasolki w pewnym momencie uratowały dworek i Salomea od tej pory przestała traktować Serafinę jakby brakowało jej którejś klepki,

– Jesteś naszą wybawicielką – często mawiała, – gdyby nie twoje anielskie ręce, byłybyśmy już dawno bezdomne. – Rzadko się zdarzało, żeby Salomea okazywała tyle uczucia, ale Serafina była poza jakąkolwiek krytyką. Mogłaby mieć pomysły z księżyca, stawać na głowie czy urządzić domek na drzewie – najstarsza babka wybaczyłaby wszystko. – Pamiętajcie, to nasza dobroczyni!


sobota, 17 stycznia 2026

Moje biblijne babki - Judyta

 

Druga babka, Judyta, do końca życia chodziła w rękawiczkach i kapeluszach. Nie miała łatwo w siermiężnych komunistycznych latach, mimo to rękawiczka musiała być. Damy zawsze osłaniają twarz i dłoń – mawiała. Tylko dziwki – ta babka nie miała problemów ze słownictwem – wychodzą na słońce bez osłony. Ale właśnie ona dotarła w życiu najdalej – do Paryża, tej modowej mekki. Wszyscy nazywali tę babkę Paryżanką. Kiedy wróciła do domu w latach 70-tych, zażyczyła sobie dwóch pomieszczeń. W jednym zamieszkała ze swoimi francuskimi córkami, w tym drugim umieściła kapelusze, a później urządziła pracownię. Rok później wyremontowała strych (była mowa o jakimś spadku po francuskim mężu), urządzając miejsce dla każdej córki, przeniosła kapelusze i wyposażyła krawiecką pracownię oraz wydzieliła część kuchenną, nie zważając na fochy Estery obrażonej, że pogardziła jej gotowaniem.

– Esterko, ma chérie – zaczynała. Uwielbiała popisywać się znajomością francuskiego. Wszystkie ciotki posługiwały się tym językiem i kiedy nie chciały zostać zrozumiane, używały tylko francuskiego. Nie wiedziały, że zirytowana ich chytrością jeszcze w szkole podstawowej przymusiłam rodziców, żeby zapisali mnie do szkoły językowej. Ach, jaką miałam satysfakcję, kiedy udawałam, że nie rozumiem zupełnie, ale to zupełnie ich opowieści.

– Esterko, ma chérie – tłumaczyła Paryżanka, – póki dziewczynki są małe, dajemy radę. Ale jeżeli mamy tutaj zostać, musimy mieć swoje miejsce, inaczej wszystko wiecznie będzie stało na głowie. Każdy jest u siebie, a jednocześnie jesteśmy razem, lepiej być nie mogło.

Babka Judyta była krawcową, ale nie znosiła, gdy tak o niej mówiono. Modystka – tak, to brzmiało dobrze, chociaż nie do końca było prawdą. Wprawdzie nasza Paryżanka znała się na kapeluszach i umiała się nimi zajmować, ale prawdziwą artystką była w krawiectwie. Szyła – ach, jak szyła! Kiedy wróciła z Francji na stałe, nie mogła opędzić się od sąsiadek, znajomych, a później znajomych znajomych i tak dalej. Miała coś takiego w rękach, w oku, w głowie, że kobieta najpierw czuła się jak królowa w czasie przymiarek, a po założeniu sukienki czy garsonki uszytej przez Judytę – jak modelka. Jakby przez samo szycie babka dodawała wzrostu, ujmowała kilogramów, prostowała przygarbione plecy spracowanych kobiet ze wsi i okolic.

piątek, 16 stycznia 2026

Moje biblijne babki - Salomea

To zdjęcie wygląda jak tysiące zdjęć z początku XX wieku. Na trawie siedzą cztery kobiety we wdzięcznych pozach, kapeluszach, parasolkach, rękawiczkach. Suknie rozpościerają się szeroko, w tle widnieje biały dom, niewielki dwór z gankiem, otoczony wysokim lipami.

***

        – Panie doktorze – miała powiedzieć moja pierwsza babka, Salomea, do ginekologa, do którego udała się po raz pierwszy z wizytą w wieku 83 lat, – jest pan bardzo odważny. Był pan w miejscu, którego nikt nigdy nie odważył się odwiedzić. Albowiem babka Salomea była starą panną i, rzecz jasna, dziewicą, co wielokrotnie podkreślała w ostatnich latach swojego życia, budząc konsternację wśród zgromadzonych starszych członków rodziny, a głupawe chichoty wśród tych młodszych.

        – A bo nie szanujecie się, dziewczęta, nie szanujecie. Ty, Mariolu – zwracała się do jednej z wnuczek – nosisz takie dekolty, że mężczyzna niczego już nie musi sobie wyobrażać. Wszyscy przy stole wybuchali śmiechem, patrząc na słuszny biust wypełniający sukienkę – rzec można – po brzegi. A ty, Jadziu – już miała kolejną ofiarę – mogłabyś przestać się tak malować, ta czerwona pomadka pasuje tylko dla kobiet lekkich obyczajów. Słowo dziwka czy prostytutka nie przeszłoby babce Salomei przez usta.

        – Babciu, nie jestem Jadzia, a Jagoda! – protestowała dziewczyna. – Poza tym mamy XXI wiek, mogę malować się, jak zechcę!

    – Dobrze, dobrze – babka Salomea wiedziała swoje, – w metryce chrztu masz porządne imię, Jadwiga, święta i królowa, a nie te kozie bobki! Ojciec ochrzcił cię jak trzeba! A malować możesz się, jak zechcesz, oczywiście, ale z tą paletą na twarzy nie weźmie cię żaden porządny mężczyzna.

    – Ale ja nie szukam żadnego porządnego – Jagoda odziedziczyła język po krewniaczce, – nieporządni są o wiele bardziej interesujący. Poza tym ty, babciu, też nie wyszłaś za mąż, nie chciał cię żaden?

    – Chciał niejeden, ale że żaden nie był taki jak mój Konstanty, dlatego postanowiłam dotrzymać mu słowa! Wy, młodzi, nie wiecie, co znaczy dane słowo… – i już, już drżał głos babki Salomei i wszyscy rzucali się pocieszać staruszkę, a ganić Jagodę. Legendarny Konstanty, babciny narzeczony, zginął w czasie wojny i wspominanie go kończyło się omdleniem, pogotowiem, lekarzem, medykamentami i co najmniej tygodniowym milczącym leżeniem w łóżku. O ile złośliwa babcia Salcia, przygadująca wszystkim dookoła, była jeszcze do zniesienia, to milcząca Salomea, szykująca się na ostatnią drogę swojego życia, ubrana w czarną suknię (taką kazała wówczas sobie podawać), leżąca na wznak z zapaloną gromnicą w rękach wprawiała wszystkich w popłoch. Ale nie dajcie się zwieść chimerom Salomei. To ona trzymała budżet domowy i twardo zarządzała finansami – istna brzytwa. Ścisły umysł plus pomysły na zarobkowanie wszystkich domowników przynosiły wymierne korzyści – było co jeść, w co się ubrać, czym napalić w piecach, a w miarę upływu lat – zebrać fundusze na potrzebne remonty, centralne ogrzewania, wymiany dachów i wszystkie te zamieszania. Nienienie… Babcia Salcia nabrała zwyczaju ubierania się w żałobną suknię dopiero pod koniec życia i tylko wtedy, kiedy chciała coś uzyskać. Wiedziałam, że to nie była ubranie do trumny – elegancki zestaw na, jak to mówiła, ostatnią drogę Salomea przechowywała w dolnej szufladzie przedwojennej dębowej szafy obłożony lawendą, co miesiąc wietrzony i przymierzany. Gromniczna suknia była straszakiem na wszystkie nieposłuszne wnuczki.

środa, 9 lipca 2025

Napiszmy coś...

moje sierpnie

 

łąki pachnące dzieciństwem
końcem i początkiem
co roku
świerszcze
 
sierpnie na których kończy się mowa
nie do nazywania bo w nich i bóg
i ojczyzna i zawsze marsze
sierpnie w krwistej pamięci
tych których już nie ma
świerszcze
 
i te sierpnie które uciekają od słów
brzmiących jak kołatka: tak-tak
sierpniowe dwie sójki szukające się
późnym popołudniem w lipowych koronach
obrączki wianki pocałunki
świerszcze świerszcze świerszcze
 

7.07.2025 r.

Image


poniedziałek, 11 lipca 2022

Trochę o życiu, trochę o niczym :)

No bo tak - niby są wakacje, ale nie wszyscy mają wakacje. Niby jest lato, a wcale nie jest za gorąco. Niby owoce dojrzewają, ale zdają się małe i kwaśne. Na pewno tak jest z wiśniami. Natomiast jestem ciekawa mojej ulubionej jabłonki, która została przycięta na przedwiośniu i ma mnóstwo jabłuszek. Dojrzewają we wrześniu i uwielbiam wracając z pracy zboczyć pod drzewo i nazbierać prawdziwych owoców. W ubiegłym roku miała ich mało, ciekawe, co będzie w tym. 

Czereśnie przydomowe też późne jakoś, ale od czasu do czasu kilka zrywam i niosę mamie, która lubi. I przypomina mi się, kiedy z mamą zrywałyśmy pierwsze owoce  - najpierw dla rodzinnych dzieci, bo witaminki, bo trzeba, żeby jadły... Ach, ten beztroski czas młodości. A tu nasze najmłodsze dziecko zamierza się żenić lata tydzień. A pamiętam tego słodziaka (zamorduje mnie) uroczo mówiącego "kulpeciki" na pulpeciki. Życie. :)

Image