Mam tuż obok bloku osiedlową cukiernię. Wcale nie jakoś rewelacyjną.
Dzisiaj obserwuję kolejkę już od 7.30 do tej pory!
No słowo daję, kobieta za ladą musi mieć potem wstręt do pączków:-)
Btw – ile zjedliście?
Ja dwa!! A jest dopiero 13.00

Mam tuż obok bloku osiedlową cukiernię. Wcale nie jakoś rewelacyjną.
Dzisiaj obserwuję kolejkę już od 7.30 do tej pory!
No słowo daję, kobieta za ladą musi mieć potem wstręt do pączków:-)
Btw – ile zjedliście?
Ja dwa!! A jest dopiero 13.00

Dostałam informację o kolejnej Botanicznej Piątce. Będzie w kwietniu — chciałabym móc pójść.
Kurczę, PÓJDĘ!!
Taki jest plan 🙂
Ostatnio częściej zaczęłam wychodzić do ludzi. Pracuję zdalnie we własnym mieszkaniu, więc stwierdzenie, że „częściej wychodzę do ludzi”, nabiera u mnie nieco innego znaczenia.
Mam stałe zajęcia w fundacji onkologicznej, do której należę już od jakiegoś czasu.
Umówiłam się na kawę z koleżanką — nie widziałyśmy się ponad pięć lat. Widziałyśmy się właściwie w innym świecie — przed COVID-em, przed rakiem, przed Ukrainą. Jutro jadę do Lublina, a tam jest zawsze fajnie.
Wczoraj rozmawiałam ze swoją psychoterapeutką. Tak, od grudnia mam psychoterapeutkę, i chociaż nie wiem, czy te spotkania są mi potrzebne, to czasem po prostu lubię omówić swój stan. Psychofizyczny 🙂
Właśnie wczoraj rozmawiałyśmy o tym, że ja dziwnie patrzę na życie — w sensie przemijania. Ma to związek z przeżytą ostatnio traumą i po prostu nastąpiło upośledzenie w przeżywaniu radości. Na przykład: co roku czekam na kwitnienie bzów, które kocham, a których wokół mojego bloku jest mnóstwo. Kiedy jednak są już w rozkwicie, zamiast cieszyć się ich pięknem, zamartwiam się, że zaraz przekwitną.
No więc moja terapeutka każe mi od nowa uczyć się tej radości. To trudne, ale podobno możliwe. Jak? Mam się zatrzymać na chwilę i chłonąć moment, ale każdym zmysłem osobno. W przypadku wspomnianych bzów: najpierw skupić się na zapachu, potem na kolorze, dotyku, a na końcu połączyć zmysły. Jedzenia bzów nie polecam 😉
I tak mam robić z każdą rzeczą, którą kocham. Kawą się delektować — pić ją małymi łyczkami, wąchać jej aromat, docenić wygląd ulubionej filiżanki, chłonąć przytulność kawiarni. A nie od razu żłopać.
Wydaje mi się, że teraz wszystko robię za szybko, zbyt łapczywie. Jakbym chciała to „wszystko” przeżyć na zapas.
W październiku pisałam, że planuję udział w nocnym biegu zimowym.
Rzeczywiście wtedy planowałam i nawet dotrzymałam słowa, tylko w międzyczasie zapomniałam, że to miał być bieg nocny:-)
Bardzo się zdziwiłam gdy dostałam informację, że zbiórka jest o godzinie 20.00. W popłochu zaczęłam szukać odpowiednich ciuchów a na głowę oprócz czapki wygodnej czołówki.
No jak mi się nie chciało wyjść z domu!
Jak mi się nie chciało!!

Duma po raz 6.
Ta zupełnie nieromantyczna historia, którą opisałam 15 lat temu, miała swój dalszy piękny przebieg ale także smutny koniec.
Kuba zmarł w styczniu 2025 r. — zoo musiało go uśpić z powodu rozległego stanu zapalnego po urazie rogu i wiążącego się z tym cierpienia zwierzęcia. Opiekunowie wspominają, że był wspaniałym nosorożcem, znanym ze zrównoważonego charakteru i tego, że lubił indyjską i klasyczną muzykę, kąpiele błotne, zabiegi pielęgnacyjne i smarowanie glinką.
Shikari żyje i ma się dobrze. Podobno ostatnio do Warszawy przyjechała inna dojrzała samica nosorożca indyjskiego, Jhansi, matka Kuby i tym samym jakby „teściowa” Shikari, aby zapewnić Shikari towarzystwo i komfort w starszym wieku.
Kuba z Shikari doczekali się 3 synów. Dzieci tej pary rozjechały się po innych europejskich ogrodach zoologicznych i tworzą swoją własną, nosorożcową historię.
Kilka dni temu dostałam informację, że poprzedni wpis był „okrągły”. Tysięczny.
Miło. Choć gdy pomyślę, że bloguję od 2007 roku, tych wpisów powinno być znacznie więcej. Niestety choroba wycięła mnie nie tylko z życia offline, ale i z tego, które kiedyś nazywaliśmy wirtualnym. Dziś już nie ma „wirtualnego” życia, tylko jedno, które łączy wszystkie technologiczne sfery i wszystkie nasze „ja”.
To mój drugi blog i druga platforma. Gdy zamykano blogosferę Onetu, a ja zdecydowałam się na WordPressa, wiele się nauczyłam. Dzięki temu to mnie zaproponowano pracę, którą mam do tej pory, a nie dwadzieścia lat młodszej kontrkandydatce. Bo znałam CMS-a. 🙂 Czasem wystarczy jedna decyzja, podjęta w odpowiednim momencie.
I tu dochodzimy do kolejnej rocznicy, w związku z którą dostałam nawet życzenia:
„Twoja rocznica na WordPress.com! Wszystkiego najlepszego!
Zarejestrowałeś się na WordPress.com 8 lat temu. Dziękujemy, że latasz z nami. Życzymy powodzenia w prowadzeniu bloga!”
Trzecia blogowa rocznica już tuż tuż. W styczniu 2007 roku założyłam Blog Beaty — mój pierwszy, bardzo fajny blog, który… trochę z głupoty a trochę ze strachu, zamknęłam. Trudno. Czasem trzeba coś stracić, żeby coś innego zrozumieć.
A czwarta rocznica? Stuknie w przyszłym roku, gdy minie 20 blogowych lat.
No dobrze — bądźmy precyzyjni: stuknie, jeśli dożyję. Ale nawet jeśli nie — to te wszystkie wpisy, decyzje, zmiany platform, przerwy i powroty już się wydarzyły. To jest moje życie zapisane w akapitach.
I dlatego, niezależnie od liczb, rocznic i statystyk, i tak uważam, że to jest po prostu… wow.

Jesień 2024 była smutna, była okrutna, straciłam syna, miałam pierwsze przerzuty.
2025 był mimo wszystko dla mnie łaskawy. Kilka razy boleśnie otarłam się o ostateczność, ale jednak dostałam następną szansę. I następnego wnuka!:-)
Jesienią 2025 latałam w chmurach.



I karmiłam żółwie:-)



I pierwszy raz w życiu zobaczyłam namorzynowy las.



Los jest przewrotny.
Pomyślałam, że od teraz (choć nie wiem jak często), będę wrzucała tu tylko to, co było dobre i sprawiło mi radość. Co sądzicie?
Dlatego nie napiszę nic o tym, że tydzień temu skasowałam auto.
Choć w sumie i tak miałam zmienić….

Po ostatniej operacji nastał względny spokój, ból pojawia się raczej tylko na zrostach, wrześniowe badania wyszły dobrze, więc nie mogłam sobie odmówić i znowu poszłam!
Świecę dobrym przykładem, wnuk jest ze mnie dumny i nawet swój, zdobyty niedawno medal przywiózł, żeby był z moimi w komplecie. On wie, że chorowałam, ale oczywiście oszczędziłam dziecku drastycznych szczegółów. Brzuch wygląda jak patchworkowa kołdra pełna szwów, ale co tam, już nie planuję zostać modelką bikini (zabrzmiało jakbym wcześniej planowała ;-). Za to planuję bieg zimowy, nocny. Trzymajcie kciuki, żebym mogła w nim wziąć udział.

Przykro mi czytać, gdy ktoś, kogo znałam, choćby tylko z ekranu, odchodzi bo miał raka. Jak Asia Kołaczkowska, Tomek Jakubiak, jak w ubiegłym tygodniu mój wujek. Czuję wtedy oddech na plecach (wiecie czyj…).
Staram się wyrzucać przygnębienie z głowy, bo żeby mieć siłę na ewentualną walkę, muszę mieć twardą głowę (parafrazując nieco zdanie „Kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę”). 😉
Do następnego badania, które będzie 8 września – mam kategoryczny zakaz myślenia o raku. Wydawałoby się, że to tylko dwa miesiące, ale świadomość, że przez CAŁE DWA MIESIĄCE nie muszę się zastanawiać co dalej, jest czymś w rodzaju ukojenia. I chociaż ciągle czekam na prawdziwy urlop, to w jakimś sensie ja już go mam i z niego korzystam, ile wlezie.
No i co by tu jeszcze?
A! W niedziele pojechałam do Otwocka Wielkiego, bo okazało się, że tam, w Pałacu Bielińskich kręcili część odcinków serialu Wojenne Dziewczyny, który ostatnio oglądałam na Netflixie. Otwock niedaleko, to pojechałam zobaczyć. Rzeczywiście piękne miejsce, cisza i spokój, dokoła woda i śpiew ptaków. Zanosiło się na kolejną burzę, ale tam akurat świeciło piękne słońce.

W bonusie oprócz słońca dostałam koncert stroikowy.

Sponsor się wycofał. Miesiąc straciłam. Miesiąc, w trakcie którego mogłabym już dwa razy wziąć chemioterapię.
Nasz służba zdrowia jest taka słaba.